<< Poprzedni | Strona tytułowa | Następny >>

Jestem super, to swiat musi sie zmienic

Po ukończeniu przez córkę pierwszej klasy, postanowiłam przepisać ją do innej szkoły podstawowej. W tej pierwszej została dość mocno napiętnowana przez wychowawczynię i pedagoga, a ja razem z nią - jako ta, która nie potrafi poradzić sobie z "uspokojeniem" dziecka. Na tamtym etapie wierzyłam jeszcze, że po swoich traumatycznych przejściach, Dominika potrzebuje po prostu więcej czasu, by dojść do siebie i zacząć przyswajać normy społeczne. Sadziłam, iż zmiana otoczenia na nieco bardziej empatyczne i pozytywnie nastawione do dziecka, z całą pewnością pomoże jej w odzyskaniu psychicznej równowagi. Dodatkowo zapisałam ją też na zajęcia taneczne prowadzone na terenie szkoły, więc udało się w sposób wartościowy zorganizować także czas wolny.

Córka, co prawda, nadal kłóciła się z koleżankami, ale trafiłyśmy na świetną wychowawczynię, która nie dość że była bardzo opiekuńcza w stosunku do Dominiki, to także mnie ofiarowała wiele wsparcia. Wydawało mi się wtedy, że konflikty między córką a koleżankami są jeszcze w granicach normy, a dziewczynki po prostu rywalizują o siebie nawzajem. Jakże byłam zdziwiona, kiedy poszłam z nią na przygotowania do I Komunii Świętej i zobaczyłam obraz zupełnie inny niż wynikający z relacji Dominiki. Gdziekolwiek usiadła, zaraz podrywało się dziecko siedzące obok i zmieniało miejsce. Córka, niezrażona ewidentnym komunikatem "nie chcę przy tobie siedzieć", wstawała także i znowu siadała obok, po czym cała wędrówka powtarzała się. Byłam mocno zaniepokojona, gdyż wcześniej nie miałam świadomości, że jest aż tak bardzo odrzucona. W drodze powrotnej i wiele razy później, próbowałam uświadomić jej problem, zapytać jak się z tym czuje, podpowiedzieć co mogłaby zrobić, by dzieci przed nią nie uciekały. Dominika nie przyjęła tego do wiadomości. Zaprzeczała usilnie, tłumacząc, że wszyscy ją lubią, tylko ja coś jej wmawiam, gdy nie ustępowałam i nadal tłumaczyłam, że ma problem, reagowała agresją i winą obarczała mnie, zarzucała nadinterpretację i złe intencje.

Nigdy się to nie zmieniło. Nigdy nie dotarły tłumaczenia, ani nasze, ani terapeutów, że ma problem ze sobą, wiele problemów, nad którymi powinna zacząć pracować, bo przecież ma do tego świetne warunki; wspierających rodziców, terapię, psychiatrę, przyjaźnie nastawionych pracowników szkoły, świetlicę socjoterapeutyczną. Dominika zawsze, konsekwentnie powtarzała, że jej nie kochamy i dlatego wmawiamy, że coś z nią nie tak. Do samego końca utrzymywała i nadal utrzymuje, że jest absolutnie zwyczajną dziewczynką, tylko to my jesteśmy dziwnymi rodzicami. Nadal twierdzi, że w ośrodku jest super, choć wiemy już, że wszystkie problemy znane nam z codziennego życia z córką, tam także się powtórzyły.

To dlatego prowadzona od ponad trzech lat terapia rodzinna przyniosła korzyść tylko nam, zaś na córkę praktycznie nie wpłynęła, tzn. nie wywołała zmiany jej zachowania. Żadna terapia nie wywoła pozytywnego skutku, jeśli człowiek najpierw nie uzna, że naprawdę jej potrzebuje.

Niedobra kolezanka

Już na samym początku naszego bycia razem, Dominika wykazywała ogromne trudności w relacjach z rówieśnikami. Panie w szkole obserwowały ją uważnie pod tym kątem i relacjonowały, że gdziekolwiek mała się zjawi, tam od razu wybucha kłótnia między dziećmi. W pierwszej klasie najczęściej Dominika kłóciła sie z dwiema dziewczynkami. Odbywały się rozmowy dzieci z pedagogiem, wzywani byliśmy my, rodzice a mimo to, problem nie ustawał.

Pewnego dnia po powrocie ze szkoły, córka pokazała mi swoją rękę, na której były ślady odbitych paznokci. Poskarżyła się, że Wiktoria ją podrapała. Dziewczynka zarzekała się, że to nieprawda, płakała. Moja cierpliwość wtedy także się wyczerpała, wymagałam od wychowawcy wyciągnięcia konsekwencji, mówiąc, że sprawy zaszły za daleko i nie pozwolę, by moje dziecko, które zaznało przemocy w rodzinie pochodzenia, doświadczało jej nadal ze strony rówieśników. Tata dziewczynki przyjechał z nią wieczorem do naszego mieszkania i w mojej obecności kazał córce przeprosić Dominikę, wychowawczyni obiecała, że jej czujność od tego momentu będzie bardziej wzmożona.

Sprawa być może zostałaby zamknięta, gdyby nie ta druga koleżanka, która zwierzyła się w tajemnicy pani, że widziała jak Dominika sama drapie się w łazience, a potem zwala winę na Wiktorię. Córka zaprzeczała patrząc mi w oczy, agresywnie wręcz zapewniała, że wszystko to kłamstwo, ale wychowawczyni nie dała się już przekonać. Ja także. Córka przyznała się w końcu. Gdy zapytałam dlaczego tak postąpiła, odpowiedziała: "bo ja jej nie lubię".

Wiktorii po prostu nie lubi, a ja nie dałam je spodni. Wystarczy.

Pies w kolczatce

Udało się. Dzierżąc w dłoni prawomocne postanowienie sądu o ustanowieniu mnie rodziną zastępczą dla Dominiki, postanowiłam dopełnić pewne formalności w PCPR w mieście, z którego pochodzi córka. Załatwiłam, co trzeba z panią, która pomogła w przeprowadzeniu tej sprawy i chciałam się pożegnać, gdy kobieta nagle mnie zatrzymała. Wyraziła radość z faktu, iż procedura przebiegła bez zastrzeżeń, życzyła powodzenia i na koniec wypowiedziała zdanie, które pamiętam do dzisiaj: "niech ją pani trzyma krótko jak psa w kolczatce, bo inaczej panią zniszczy". Wyszłam zaskoczona i zbulwersowana zarazem. Zniszczy mnie? Biedna, skrzywdzona a potem porzucona siedmiolatka? Jak można porównać dziecko do psa?

O Dominice wiedziałam, że jest dzieckiem po przemocy, nie widzi na jedno oko i ma kłopoty ze słuchem. Była badana przez panią psycholog, która powiedziała mi, że dziewczynka jest miła, lgnąca, otwarta, ale potrzebuje klarownych zasad wychowawczych i konsekwentnego stawiania granic. Proste? Oczywiście, przecież zostałam przeszkolona przez doświadczonych specjalistów. Żaden z nich nie wspomniał, iż mojej przyszłej córce należy zakupić obrożę z kolczatką. Powiedziano mi o tym dopiero, kiedy formalnie byłam już mamą zastępczą Dominiki.

Dominika miała siedem lat, była dzieckiem z poważnymi dysfunkcjami, co praktycznie dyskwalifikowało ją w oczach 99% kandydatów na rodziców. Wiem, że gdybym nie zdecydowała się nią zaopiekować, miała trafić do ośrodka dla dzieci z niepełnosprawnością intelektualną i chorobami somatycznymi. O rad w Polsce wtedy nikt nie słyszał, pierwsze publikacje pojawiły się dopiero trzy lata później. Współpracowaliśmy wtedy z mężem już z innym ośrodkiem adopcyjnym, którego pracownicy robili wszystko, co w ich mocy, by tę wiedzę szybko upowszechnić i wiem, że robią to nadal. Nie oskarżam i nie mam żalu do nikogo. Tamci ludzie walczyli o to, żeby moja córka nie została z marszu skazana na przegraną, żeby chociaż otrzymała szansę na znalezienie domu. Dzisiaj jestem przekonana, że dyrektor ośrodka - bardzo sympatyczny, dobry człowiek, którego nie przestałam szanować, przewidział, że będę miała z córką bardzo trudne życie. Usprawiedliwiam go jednak całkowicie - walczył o dziecko i dla dziecka.

Na szkoleniu powiedziano mi, że miłość i konsekwencja przezwyciężą wszystkie problemy. To nieprawda. Dobrze by było, żebyśmy dzisiaj wszyscy zrewidowali to przekonanie - dziecko z rad miłością gardzi, a konsekwencję rodziców potrafi umiejętnie obejść.

Buzia umazana lodami

Mniej więcej pół roku temu zaczęliśmy mierzyć się z myślą, że wiele nie osiągnęliśmy na polu kształtowania osobowości córki i najpewniej nie zmieni się to w bliskiej przyszłości. Na tym etapie pojawił się też wtedy jeszcze mglisty pomysł poszukania dla niej ośrodka socjoterapii. Nie było to złożenie broni, raczej stanięcie w prawdzie wobec niezaprzeczalnych faktów, że Dominika nie dała się nam poprowadzić ani ukształtować, nie przejęła naszych poglądów, zwyczajów czy systemu wartości.

Widzieliśmy jak na dłoni, że córka zmierza w złym kierunku; chętnie wchodzi w trudne towarzystwo, jest konfliktowa, nie wkłada wysiłku w naukę, i tę szkolną, i tę naukę życia (pomoc w domu, sprzątanie, rozwiązywanie problemów z rówieśnikami, itp.), nie dostrzega swoich błędów, zrzucając odpowiedzialność na ludzi wokół, najczęściej na nas, nie wyciąga wniosków z zaznanych porażek, wszystko chciałaby od życia po prostu dostać, nie wkładając w to najmniejszego wysiłku, w dodatku staje się coraz bardziej roszczeniowa i uważa, że przywileje i atrakcje po prostu jej się należą bez związku z jej zachowaniem. Jako rodzice stanęliśmy wobec bardzo trudnej perspektywy; nasze dziecko prawdopodobnie zmarnuje sobie życie. Jak może być inaczej, skoro pracował nad nią sztab specjalistów, a ona nikogo nie zamierza słuchać, przekonana, że zawsze i we wszystkim jej punkt widzenia jest decydujący? W tej sytuacji należało rozstrzygnąć jak nie przestać być rodzicami, mając powyższe na uwadze.

Z pomocą przyszło mi pewne wspomnienie. Przypomniałam sobie okres studencki, kiedy jako wolontariuszka pracowałam w różnych domach dziecka, a także wyjeżdżałam na kolonie z takimi dziećmi. Wielokrotnie prezentowały one typowe antyspołeczne zachowania. Z dużą dozą prawdopodobieństwa można było orzec, że dziesięcio czy dwunastolatek powieli błędy środowiska, z którego został odebrany. Jako wychowawcy nie myśleliśmy wtedy o tym co będzie za kilka lat, po prostu organizowaliśmy tym dzieciom wycieczki, zabawy, dbaliśmy, by mieli uśmiechnięte buzie, tym bardziej, że poniekąd sami szykują sobie trudne życie. Wytłumaczyć im nie możemy, ale możemy dać im chwile beztroskiej radości.

Postanowiłam w taki sposób spojrzeć na własną córkę. Nie spalać się już na żadnych oczekiwaniach, nawet tych najmniejszych - że zacznie odrabiać zadania choćby na dopuszczający czy że kiedykolwiek z własnej inicjatywy pościeli łóżko. Z myślą, że kiedyś, w dorosłym życiu pozwolę jej ponieść konsekwencje stawianego nam ciągle oporu, na razie mogę po prostu kupić jej lody czekoladowe i cieszyć się, że przez moment jest szczęśliwa. Byle tylko zaprzestała awantur i prowokowania nas na każdym kroku. Ukrywając łzy, powiedziałam o tym pomyśle na terapii. Mamy bardzo wrażliwych terapeutów, którzy natychmiast mój stan wyłapali. "Dominika, twoja mama mówi, że chce od ciebie minimum minimów, czy możesz zgodzić się chociaż na tyle?" - padło pytanie skierowane do córki. Nie odpowiedziała.

Upomnienie od pani psycholog

Dominika kończyła właśnie czwartą klasę szkoły podstawowej i widać było jak na dłoni, że w niedługim czasie zaczniemy mieć z nią naprawdę poważne problemy. Zostałam poproszona o wypisanie jej z dodatkowych zajęć tanecznych, gdyż wcale nie uczyła się nowych technik, a jedynie przeszkadzała w zajęciach, oceny miała kiepskie i z trudem koncentrowała się na lekcjach, miała też za sobą pierwszą ucieczkę ze szkoły i poszukiwanie przez policję oraz kradzież telefonu komórkowego młodszej koleżanki. Czekaliśmy już wtedy na rozpoczęcie terapii rodzinnej, licząc na pomoc w poprawie relacji między nami a dzieckiem i szukaliśmy sposobu na zmotywowanie jej do samodzielnej nauki. Po wielu rozmowach z pedagogiem szkolnym i kilku spotkaniach z psychologiem z rejonowej poradni psychologiczno-pedagogicznej postanowiliśmy wnioskować o nauczanie indywidualne dla córki, z którego zresztą korzystała przez cały kolejny rok.

Podczas jednego z tych spotkań pani psycholog jakby trochę zmieszana oświadczyła, że niestety musi upomnieć mnie w jednej sprawie.

Tu konieczna jest pewna dygresja. Licząc od tamtego momentu, od pół roku mieszkał już z nami nasz chory synek. Patryczek nie oddycha samodzielnie, pomaga mu w tym rurka tracheostomijna założona w tchawicy. Rurka ta wymagała wówczas częstego udrażniania poprzez odsysanie specjalnym cewnikeim podłączonym do ssaka. By móc właściwie zaopiekować się chłopcem, przed zabraniem synka do domu, musieliśmy zostać przeszkoleni przez anestezjologa i pielęgniarki. Zanim odsysanie stało się dla nas rutyną, przez trzy miesiące ćwiczyliśmy je pod okiem personelu medycznego, odwiedzając Patryka w oddziale szpitalnym.

Wracam do owego upomnienia. Pani psycholog zapytała mianowicie czy uważamy za stosowne obarczanie jedenastoletniej wówczas Dominiki odpowiedzialnością za opiekę nad tak chorym dzieckiem jakim jest jej przybrany braciszek. Kiedy dopytałam o co dokładnie chodzi, usłyszałam, iż córka poskarżyła się tej pani, że w szkole nie potrafi się skoncentrować z powodu ...niewyspania, ponieważ budzi się w nocy i wstaje, by odsysać brata. Rodzice bowiem śpią głęboko i nie słyszą jego płaczu, dlatego to siostra musi interweniować.

Kłamstwo było oczywistością z wielu względów. Po pierwsze - syn z powodu nieruchomości strun głosowych nigdy nie płakał i nadal nie płacze na głos, jego płacz poznajemy wyłącznie po łzach i wyrazie twarzy. Po drugie - śpi podłączony do specjalnego urządzenia - pulsoksymetru z alarmem dźwiękowym, który odzywa się, gdy dziecko wymaga udrożnienia dróg oddechowych, niemożliwe było więc byśmy przespali taki alarm. Po trzecie - Dominika miała absolutny zakaz manipulowania w jakikolwiek sposób przy rurce brata. Po czwarte - spała wtedy w drugim pokoju.

Sytuację z panią psycholog szybko wyjaśniłam. Zastanawiałyśmy się wspólnie dlaczego córka skłamała i wnioski były dość oczywiste; pewnie jest zazdrosna o chorego brata i oczekuje od nas więcej uwagi, być może należy ją włączyć w drobne czynności pielęgnacji Patryka jak podanie pampersa czy wyniesienie brudnej pieluszki, może potrzebuje dowartościowania i chce się poczuć kimś szczególnym.

Dlaczego mnie to wtedy nie zaniepokoiło? Tak łatwo przeszliśmy nad tym do porządku dziennego, nie poświęcając sprawie zbyt wiele czasu i uwagi. A to był już początek. Niespełna jedenastoletnia Dominika zarzuciła nam zaniedbanie młodszego dziecka, dwa lata później oskarżyła męża o to, że ją dusi, jako czternastolatka zarzuciła mi regularne znęcanie; głodzenie, przetrzymywanie w pokoju, zakaz korzystania z łazienki. Czy mogłam jakoś temu zapobiec?

Małe dopowiedzenie. Jest w nas tak wiele żalu do wszystkich, którzy mieli pomóc, a nie pomogli, czasem wręcz zaszkodzili, że nie potrafię i nie chcę się przed nim powstrzymać. Podczas tej rozmowy, nagle zupełnie bez związku ze sprawą, pani psycholog zapytała mnie: "pani jest w ciąży, prawda?" Zdziwiona spojrzałam na ledwie zarysowany brzuch ukryty zresztą pod fałdami letniej sukienki. Nie czekając na moją odpowiedź, kobieta ciągnęła: "nie wiem czy to będzie korzystne dla córki". Jasne, powinnam zapytać. Ponieważ jesteśmy rodzicami adopcyjnymi dziecka z rad, planując powiększenie rodziny, powinniśmy najpierw poprosić o akceptację małą Dominikę, a następnie wysłać podanie z prośbą o rozpatrzenie do wszelkich instytucji, które akurat udają, że wiedzą jak pomóc naszemu niezwykle trudnemu dziecku. Paranoja w ciapki.

A nuż się uda...?

Rozpoczęły się wakacje, nasze drugie wspólne. Córka ukończyła pierwszą klasę, w nagrodę za starania kupiłam jej interaktywnego konika-dzidziusia, którego można było karmić ze specjalnej butelki. Wymyśliłam też, że zaproszę do nas na weekend koleżankę z dwiema siostrzenicami w podobnym wieku, by Dominika mogła spędzić trochę czasu z koleżankami. W planie były atrakcje, spacery, lody, wspólne gotowanie obiadu. Trochę obawiałam się zamieszania wywołanego przez trzy małe dziewczynki na naszym malutkim wtedy metrażu, ale przekonałam siebie samą, iż damy radę i z radością czekałyśmy na gości.

W tym czasie Dominika chętnie spotykała się też z równolatką, koleżanką mieszkającą dwa piętra niżej. Planując zabawy z gośćmi, zapytała mnie czy może zaprosić do domu także Emilkę. Wytłumaczyłam jej, że podczas weekendu nie, ponieważ będzie duże zamieszanie, mało miejsca w mieszkaniu, poza tym powinnyśmy w tych dniach szczególnie skupić się na gościach i mieć dla nich czas. Dodałam też, że pewnie razem z dziewczynkami wyjdą na chwilę na podwórko i tam pobawią się z Emilką. Córka sprawiała wrażenie jakby wytłumaczenie ją przekonało.

Kiedy wychodziłyśmy już, by odebrać znajome z dworca, drzwi sąsiadów otworzyły się i naprzeciw nam wyszła mama Emilki. Dominika uśmiechnięta od ucha do ucha, zapytała mnie głośno najzwyczajniej w świecie: "mamusiu, prawda, że Emilka może dzisiaj do nas przyjść?" Zagryzłam zęby i asertywnie odpowiedziałam, że dzisiaj ani jutro nie może, tłumacząc sąsiadce dlaczego tym razem nie zapraszam jej córki. Nie było łatwo odmawiać, bo mama Emilki była starsza ode mnie o co najmniej dziesięć lat, bo wielokrotnie wymieniałyśmy się opieką nad dziećmi i bardzo mi zależało na tym, by taki układ przetrwał, bo nie czuję się komfortowo oświadczając komuś, że drzwi mojego domu są dla niego zamknięte, choćby tylko na dwa popołudnia. W drodze na dworzec zapytałam córkę dlaczego tak postąpiła. Dominika odpowiedziała po prostu: "bo chciałam". W jej przekonaniu było to zupełnie wystarczające uzasadnienie. I tak zostało do końca; jeśli czegoś chciała, to nie liczyło się nic innego, żadne relacje, osoby czy inne względy. Ważne by osiągnąć cel.

Dominika wiedziała, że nie powinna zadać tego pytania, zrobiła to świadomie, by wpłynąć na mnie za pośrednictwem obcej osoby i uzyskać coś, czego akurat jej odmówiłam. Wielu rodziców biologicznych, którym termin rad jest całkowicie obcy, pewnie powiedziałoby, że nie ma z czego robić wielkiej sprawy, ponieważ każde dziecko czasem testuje swoich opiekunów w nietypowych sytuacjach, aby sprawdzić czy pewne zasady są niezmienne. Kiedy miało miejsce to zdarzenie córka mieszkała ze mną od trzynastu miesięcy. Każdego komu ciśnie się na usta komentarz taki jak powyżej, mam ochotę zapytać czy jest w taki sposób testowany przez swoje dziecko przez 365 dni w roku. Jeśli odpowiedź jest twierdząca, niewątpliwie powinien skontaktować się ze specjalistami od diagnozowania zaburzeń więzi.

Zwrotki - w prasie o rad

Miała wrażenie, że rozregulowane na każdym froncie usiłują się jakoś dostroić, pochłaniając słodycze. W domu, kiedy nie było nic słodkiego, zjadały za jednym posiedzeniem kilogram cukru, słoik miodu, kisiel w proszku. Puste paczki oklejały taśmą, ustawiały na półce, żeby imitowały pełne. Kiedy pytała, czy to one zjadły kupiony ledwie kilka godzin wcześniej miód, szły w zaparte albo zwalały jedno na drugie[...]

[...]rady biologicznych dla rodziców zastępczych okazują się kompletnie nieprzydatne, jakby skrojone pod zupełnie inne dzieci. Ktoś doradzi, żeby za karę zabierali im coś, na czym im zależy – ale bezzwrotnym nie zależy na niczym. Niszczą zabawki, nie umieją zainteresować się filmem w telewizji, skupić na czytaniu bajki. Nieskuteczne okazuje się nawet – zalecane przez biologicznych – odmawianie słodyczy, bo mogą je przecież wyżebrać albo ukraść kolegom. Biologiczni radzą wreszcie, żeby okazywali im emocje, mówili o swoim smutku czy lęku. To akurat emocjonalnie bezzwrotni podłapują w miarę szybko, ale odbierają jako sygnał „jestem słaby, atakuj, niczego nie odmówię”. I wtedy – pozamiatane.

[...]jak mówią zastępczy, kiedy dociera do nich, że już nic nie są w stanie zrobić, przestaje im na kimkolwiek zależeć. Wieloletni trening robi swoje, poza tym bezzwrotni, mistrzowie w manipulacji, już dawno zniszczyli ich przyjaźnie czy opinię wśród sąsiadów.

Koniecznie przeczytaj cały artykuł: www.polityka.pl

Artykuł jest być może jednostronny, ponieważ pokazuje głównie "ciemną" stronę adopcji. Jako podwójni rodzice adopcyjni, nie możemy zgodzić się do końca z postawionymi w nim tezami. Po pierwsze zarzuca się ośrodkom adopcyjnym, że wciskają dzieci rodzicom, bez podania rzetelnej informacji na ich temat, tymczasem aktualnie w wielu ośrodkach o rad mówi się już otwarcie i udostępnia pełną, udokumentowaną historię dziecka. Po drugie zabrakło pokazania pozytywów adopcji. My wiemy już, że może być tragicznie, ale też pięknie. Życie w rodzinie adopcyjnej może stać się przestrzenią wzajemnego stwarzania się i obdarowywania miłością, która nie jest przecież naturalna lecz nadprzyrodzona, a może też stać się źródłem totalnej destrukcji i rodzinnego dramatu. O tej destrukcji autorka pisze bardzo mądrze i prawdziwie, choć niektórym czytelnikom ton wypowiedzi wyda się pewnie wyolbrzymiony. Nie jest ani trochę. Naprawdę czasem bywa aż tak źle.

Święty Mikołaj i renifer

Nie wiem dlaczego myśląc o trudnych chwilach z córką, przypominam sobie akurat tamten wieczór. Czy był trudniejszy od wielu innych? Chyba nie, ale to były nasze pierwsze wspólne Mikołajki i bardzo chciałam, by to wspomnienie mocno zapadło nam w pamięć, zwłaszcza Dominice, która wcześniej nie znała wcale tej tradycji.

Wyszłam z pracy tuż przed godz. 17, szybko odebrałam córkę ze świetlicy i pojechałyśmy do Rynku, gdzie miał być dostępny dla dzieci Mikołaj i prawdziwy renifer. Byłam na nogach od wczesnego rana, zmęczona w dodatku głodna i z rozpoczynającą się infekcją gardła. W perspektywie na wieczór a raczej na noc miałam pomoc Dominice w odrabianiu zadania i stos kartkówek do poprawienia, ale oddaliłam od siebie te myśli, pragnąc skoncentrować się na najbliższych momentach.

Córka była zachwycona reniferem, głaskała go, karmiła. Na kolana Mikołaja wdrapała się bez najmniejszej obawy, przytulała go zupełnie nie zachowując normalnego dystansu. Wykonałam płatne zdjęcie pamiątkowe, takie w sam raz do oprawienia w ramkę i postawienia na biurku. Nasze tygodniowe finanse trochę na tym ucierpiały, gdyż w tamtych latach nie mogłyśmy pozwolić sobie na wiele, jednak doszłam do wniosku, że raz się żyje i trzeba sprawić dziecku tę przyjemność. Problem zaczął się, kiedy trzeba było ustąpić miejsca w saniach kolejnym dzieciom. Wołałam, prosiłam, tłumaczyłam i nic. Dopiero "zwabienie" w celu obejrzenia zdjęcia pomogło, jednak zaraz potem Dominika chciała wracać do sań. Nie było takiej możliwości, kolejka rosła, dzieci przybywało, zresztą czułam się już bardzo zmęczona i uznałam, że czas wracać do domu. Wrzeszczała, płakała, kłóciła się ze mną i tak przez całą drogę Rynkiem, także później, w tramwaju. Ludzie popatrywali na rozzłoszczoną dziewczynkę i zakłopotaną mamę, a ja wewnętrznie cała drżałam ze złości i wstydu. "No oczywiście, strasznie by ci się stało, gdybym tam jeszcze została! Kochana mamusia, zadanie musi ze mną odrobić. Ty nie jesteś dobrą mamą." - usłyszałam słowa zupełnie inne niż w analogicznej sytuacji wypowiedziałaby zdrowa sfrustrowana siedmiolatka.

Mogło być bajkowo i cudownie - rozświetlony Rynek, wirujące w powietrzu drobne płatki śniegu, Święty Mikołaj, zdjęcie z reniferem, mała dziewczynka o zaróżowionych od mrozu policzkach i zmęczona, ale pełna entuzjazmu mama. Nie brzmi zbyt życiowo? Jak najbardziej tak; ludzie wokół nas tak właśnie to przeżywali, w radości. Zgubiłam tamto zdjęcie, pewnie zawieruszyło się gdzieś podczas przeprowadzek.

Wplyw dziecka z RAD na rodzine

Nie pozostawiaj dziecka z RADem pod opieką dorosłych, którzy pozwalają dziecku manipulować sobą. Żadne dziecko nie ufa i nie respektuje ludzi, którzy są słabsi od niego, włączając w to dziadków, opiekunów, nauczycieli itp. Łagodny opiekun wzmocni w dziecku wiarę, że dorosłym nie można ufać i że musi polegać tylko na sobie, aby przetrwać.

Ciąg dalszy...

Co nie dziala w pracy z dziecmi z RAD?

Nie warto przejmować się problemami dziecka bardziej niż ono samo to robi. Dzieci z RAD są zazwyczaj całkiem zadowolone, pozwalając rodzicom na ciągłe zamartwianie się, podczas gdy same kontynuują swe zachowanie. W waszych relacjach nie nastąpi żadna zmiana, jeśli rodzice będą bardziej zakłopotani zachowaniem dziecka niż ono samo. Rodzice nie mogą uczynić swoich dziećmi lepszymi. Rodzice nie mogą zmusić dziecka do wdrapywania się na kolejne stopnie dojrzałości. Rodzice nie mogą uczynić swoich dzieci ludźmi sukcesu. Uświadomienie sobie i dziecku, że ma ono wolność i możliwości do uczynienia koszmaru ze swego życia sprawia, że szanse na tak niekorzystny obrót maleją.

Ciąg dalszy...