<< Poczatek i sens drogi | Strona tytułowa | Nastolatka z RAD >>

Poczatek i sens drogi

Sens

Byłam już zaręczona, gdy wstępnie dowiedziałam się, że w nowym roku szkolnym najprawdopodobniej nie wrócę do szkoły. Złościłam się na protekcję, próbowałam interweniować w kuratorium oświaty, ale okazało się, że tam również dyrektor ma znajomości, które pozwolą mu działać wedle własnego systemu wartości. Nie musiałam już obawiać się o byt, przyszły mąż miał dobry fach i jasne było, iż nie zginiemy z Dominiką z głodu, nawet gdybym pracy nie znalazła. Próbowałam jakoś szukać sensu w tym zrządzeniu losu i niczego wówczas nie rozumiałam. Bycie z dziećmi było dla mnie nie tylko zajęciem zarobkowym, ale częścią życia. Czułam, że dopiero rozwijam skrzydła, że ledwie zaczęłam działać. Nie wiem dzisiaj czy było to właściwe posunięcie, ale powiedziałam moim nastoletnim uczniom, iż moje miejsce zajmie znajoma pana dyrektora. Postanowili iść do niego z żądaniem zmiany decyzji, ale zabroniłam - nie chciałam nimi rozgrywać tej sprawy. Poprosiłam też, by współpracowali z osobą, która mnie zastąpi, bo mimo wszystko może okazać się dobrym i mądrym człowiekiem. Na mszy św. kończącej rok szkolny łykałam łzy, dziękując i składając w ofierze Panu to co dał mi przez te lata, a później odebrał, nie tłumacząc powodu. Podczas wakacji przygotowywałam ślub i szukałam odpowiedzi na pytanie dlaczego dzieło czasem zostaje zamknięte w momencie największego rozkwitu.

Św. Bernadetta Soubirous, po zakończeniu objawień, wyznała, że Maryja posłużyła się nią wtedy, kiedy chciała, a później odstawiła do kąta jak nikomu niepotrzebną miotłę. Nie mówiła tego z wyrzutem, ona pragnęła być taką miotłą Maryi. Było jej dobrze, gdy trwała w mistycznych rozkoszach i wtedy, kiedy świat o niej zapomniał. Wiedziała, że początek i koniec misji wyznacza Pan. Gdy w szkołach rozpoczynał się ruch służbowy i kiedy zostałam wezwana na dywanik dyrektora, który z "ogromną przykrością" oświadczył mi swoją wolę, w jednym ze szpitali na świat przyszedł mały chłopczyk. Miał problemy z oddychaniem i połykaniem, lekarze walczyli o jego życie, wykonując szereg bolesnych i traumatycznych dla takiego maleństwa zabiegów. Do przerażenia Patryka światem i własną niemocą dołączył potworny ból fizyczny i nieobecność mamy, która nie udźwignęła jego choroby. Po kolejnych operacjach, samotnie leżał w łóżeczku, nie upominał się o nic, nie płakał, cierpliwie czekał aż któraś z pielęgniarek podejdzie do niego z własnej inicjatywy. Myślę, że te właśnie wczesne doświadczenia cierpienia w samotności zaowocowały autyzmem.

Dzisiaj wiem, że Pan Bóg się spieszył. Wraz z mężem przed ołtarzem stanęliśmy osiem miesięcy od czasu zawarcia znajomości, a w pięć dni po ślubie, w luźnej rozmowie z pracownikami zaprzyjaźnionego ośrodka adopcyjnego dowiedzieliśmy się o istnieniu Patryka. To była końcówka naszego miodowego tygodnia. Najpierw baliśmy się; ja, że nie zapewnię mu wystarczającej opieki medycznej i bezpieczeństwa, mąż o to jak będzie wyglądała nasza przyszłość z tak chorym dzieckiem, w końcu jednak strach ustąpił miejsca pewności i nadziei. Maluszek został naszym dzieckiem.

Nie próbuję wyjaśniać tej miłości. Wiem tylko, że jest tak wielka, iż czasem zapiera mi dech w piersiach. Kiedy Patryk był w śpiączce, powiedziałam do mamy: "on przebił Andzię" - dziewczynkę, o którą walczyłam w sądzie w okresie studenckim. Kiedy patrzę w czarne, przyozdobione motylimi rzęsami oczy syna, oprócz lęku o jego zdrowie i dalszy rozwój, paradoksalnie doświadczam poczucia egzystencjalnego spokoju. Wypływa on ze pewności, że osiągnęłam i wykonuję to, do czego zostałam stworzona i powołana.




Dodaj komentarz Wyślij TrackBack