<< Odrobina dobra | Strona tytułowa | Poczatek i sens drogi >>

Poczatek i sens drogi

Poczatek

To musiała być wczesna wiosna, może końcówka zimy. O adopcji myślałam od jakichś dwóch lat, na początku to była luźna fantazja, potem pomysł, by kiedyś w przyszłości stworzyć rodzinę, w której oprócz dzieci biologicznych, znajdzie się miejsce dla porzuconych przez kogoś innego. Przez te dwa lata mglista wizja owego "kiedyś" urosła w moich myślach do takich rozmiarów, że nie próbowałam już walczyć z tym pragnieniem. Tamtego dnia wkroczyłam do ośrodka adopcyjnego pewnym krokiem i oświadczyłam dyżurującej osobie, że niedługo skończę osiemnaście lat, ale szkoda marnować czas, więc moglibyśmy zacząć procedurę nieco wcześniej - od razu. Pani zachowała kamienną twarz i okazała mi wiele zrozumienia; wytłumaczyła, że dla sądu to nie jest klarowna sytuacja, nawet jeśli mam własne mieszkanie, że powinnam pomyśleć o studiach i w tym czasie zawrzeć dobre przyjaźnie, wytańczyć się na dyskotekach, zwiedzić Europę i wrócić do niej za kilka lat; wtedy zastanowimy się czy mają pod swoją opieką dziecko czekające właśnie na mnie. Dzisiaj uśmiecham się do tamtego wspomnienia, ale wtedy byłam najzwyczajniej w świecie rozzłoszczona, iż potraktowano mnie jak małolatę i nie uwierzono, że ja naprawdę mówię poważnie i nie zmieni tego ani klub w piwnicach rynku, ani kufel piwa z sokiem imbirowym, ani choćby sama Wenecja.

Nie posłuchałam rady. Obeszłam wszystkie ośrodki adopcyjne w moim mieście, a gdy wszędzie słyszałam to samo, ruszyłam na pcpry i oddziały ośrodka pomocy społecznej. Zostałam też wolontariuszką. W ciągu pięciu lat studiów odwiedziłam większość miejscowych domów dziecka, wyjeżdżałam też z dziećmi na wakacje i ferie zimowe. W takich okolicznościach po raz pierwszy usłyszałam słowo "mamo" - od dziewczynki, którą bardzo pokochałam i o którą bez skutku walczyłam w sądzie w sumie przez cztery lata. W moim mieście mnie nie chcieli - pojechałam na szkolenie do ośrodka adopcyjnego oddalonego o 100 km., a ściślej mówiąc, dojeżdżałam tam co dwa tygodnie pociągiem zaraz po zajęciach na uczelni. Kiedy po tej podróży z powrotem wysiadłam na dworcu, była już północ. Na szczęście podwoził mnie do domu samochodem kolega, wiele nie rozmawialiśmy, bo ze zmęczenia usypiałam na przednim siedzeniu samochodu.

Budynek sądu stał się dla mnie stałym miejscem odwiedzin. Początkowo czułam ścisk żołądka, poddając się kontroli przy wejściu, potem to już była rutyna; szybki rzut torebki na taśmę, bramka, dziennik podawczy, któryś z sekretariatów. Nauczyłam się na pamięć procedur, akta wertowałam niczym rasowy znawca tematu, oblegałam kuratorów oraz dyżury sędziów przewodniczących. Jednego wspominam szczególnie ciepło; młody jak na swoje stanowisko mężczyzna, zawsze miał czas, zawsze uważnie słuchał, zawsze traktował poważnie młodziutką studentkę zakochaną w obcym dziecku. Musiałam wyróżniać się spośród odwiedzających go petentów, bo kilka lat później od razu rozpoznał mnie podczas przypadkowego spotkania w markecie budowlanym.

Udając się do sądu niedawno, zastanawiałam się jakie uczucie będzie mi towarzyszyć podczas przechodzenia przez słynne bramki. Byłam spokojna. Wiedziałam co robić, dokąd iść, zastanawiałam się tylko czy ten konkretny wydział zastanę na piętrze, na którym mieścił się wtedy. Czy ponad dziesięć lat temu byłabym w stanie wyobrazić sobie powód, który ponownie mnie do sądu przyprowadzi?

By dostać się w odpowiednie miejsce, trzeba dojechać tam windą. Winda jest o tyle specyficzna, że na zawieszone wewnątrz niej lustro pada bardzo jasne światło dzienne. Byłam na trzecim roku polonistyki i na pierwszym psychologii, gdy przemieszczając się nią w sprawie mojej maleńkiej, po raz pierwszy zobaczyłam zarys zmarszczek mimicznych wokół oczu. Nie tyle przestraszyłam się wtedy, co zdziwiłam, że tak szybko się pokazały. Wstrętna winda. Tym razem, po ułamku sekundy odwróciłam wzrok od lustra, a kilka dni później kupiłam dobry krem. Stanowczo za wcześnie. Trochę mi jednak wstyd z powodu tego zakupu. Moje młode, zmęczone oczy są zapisem historii życia. Tej najwcześniejszej i tej już z Dominiką. Przyjmowałam wówczas wszystko, co przyniesie decyzja o zaopiekowaniu się nią z wiarą, że to ma sens, że ma sens każde poświęcenie dla dobra sprawy, potem tak samo myślałam, zabierając pod swój dach Patryka. Patrząc na stojący na toaletce kremik w pudełku ze złotym wieczkiem, widzę, że nie umiem przyjąć tego do końca, że kiedy namacalnie zaczyna mnie to kosztować, kiedy płacę własną twarzą, nagle okazuje się, że cenniejsze od sensu jest podobieństwo (lub jego brak) do jakiejś podrasowanej modelki z bilbordów. Nie chcę wpadać w niezdrowe skrajności ani rozpoczynać kampanii przeciwko przemysłowi kosmetycznemu, na pewno nie. Chciałabym tylko umieć oddawać także wtedy, gdy boli, a efektów nie widać. Na tym chyba między innymi polega konsekwencja i dojrzałość. Wierzę, że wciąż do tego dorastam.




Dodaj komentarz Wyślij TrackBack