<< Wychowanie i kontrola | Strona tytułowa | Byc rodzicem, czyli kilka slow o milosci >>

Wychowanie i kontrola

Obrazek czwarty

Wyobrażam sobie, że kiedy biologiczne dziecko wchodzi w okres dojrzewania, rodzice muszą być zaniepokojeni. Nagle ich syn lub córka ma własnymi metodami zweryfikować wartość wszystkiego, czego dotąd zdołali ją/jego nauczyć. Nie jest tajemnicą, że w tym czasie nawet mądre, dobrze wychowywane dzieciaki pozwalają sobie na bardzo nieodpowiedzialne zachowania. Nie jest też tajemnicą, iż często stają w opozycji wobec tych, których kochają najbardziej - rodziców. Pociechą dla biologicznych może być fakt, że przekazany przez nich świat wartości zdążył się w dzieciach uwewnętrznić i nawet jeśli zechcą go doświadczalnie zweryfikować, to z całą pewnością posiadają bazę, punkt odniesienia, do którego, po przeprowadzeniu eksperymentów życiowych, będzie można spokojnie i bezpiecznie powrócić.

Kiedy słyszę od dobrze nam życzących ludzi, że szaleństwa córki trzeba po prostu przeczekać, bo jest teraz w głupim wieku i na pewno za jakiś czas jej to minie, nie podejmuję dłuższej dyskusji. Owszem, Dominika weszła w okres dorastania i problemy, które wniosła ze sobą do naszej rodziny musiały się nasilić - tu się zgadzam. Nie stać mnie jednak na optymizm, wedle którego miałabym pokładać nadzieję na zmianę w samym tylko upływie czasu. Ona nie ma tej właśnie bazy, nie zbudowała z nami podstaw, które byłyby punktem wyjścia dla dalszych poszukiwań siebie samej. Nasza córka nie uwewnętrzniła tego, co staraliśmy się jej przekazać.

Co zatem można zrobić, jeśli dziecko, które nie wykształciło emocjonalnych ani moralnych instynktów obronnych, które nawet nie nauczyło się panować nad własnymi, zgubnymi impulsami, które jest w stanie zdobyć się na względne posłuszeństwo tylko wówczas, gdy nie spuszcza się go z pola widzenia, zaczyna domagać się coraz większej wolności? Rodzicom pozostaje jedynie przewidzieć czyhające na nie zagrożenia, także te, jakie samo sobie stwarza i zapobiegać im. Siłą rzeczy, temu dziecku nie można dać takiej swobody, z jakiej korzystają zwykle jego rówieśnicy.

Czy mogę zgodzić się na wyjście ze znajomymi na spacer nad staw? Wcale nie mam przekonania, że Dominika nie zechce się w nim nagle wykąpać, aby zaimponować kolegom, choć ani trochę nie umie pływać (kiedyś zgłosiła się mimo to na zawody pływackie i gdybym jej tego wprost nie zakazała, z pewnością wzięłaby w nich udział i być może naraziła nawet swoje życie). Musiałabym chyba im towarzyszyć, a kto zaprosi na spacer nieco dziwną koleżankę, która w dodatku zabiera ze sobą mamę? Czy mogę zezwolić na wyjazd z koleżanką do centrum handlowego, wiedząc, że nawet pod naszą opieką zdarzało się jej otworzyć w sklepie paczkę słodyczy, zjeść i zostawić puste pudełko? Jakim sposobem miałabym nie drżeć ze strachu, zezwalając Dominice na odwiedziny u koleżanki, wiedząc, że w domu nie ma rodziców, a ją bardziej niż owa koleżanka interesuje jej wątpliwej reputacji wujek, w dodatku okazujący córce swoje względy? Jak mam zgodzić się na posiadanie telefonu komórkowego, skoro dziesiąta próba pozwolenia na jego korzystanie kończy się ponownymi uwagami nauczycieli z powodu używania go na lekcji albo pretensjami rodziców, iż za pośrednictwem aparatu nęka nocami ich syna? Jak nie kontrolować korzystania z Facebooka, jeśli zaczepia tam obcych, dorosłych mężczyzn? Jak dać nieograniczony dostęp do lodówki, skoro jedzenie bez kontroli regularnie kończy się obstrukcją?

Denerwują mnie wszyscy, którzy uważają, że my tak lubimy. Trzeba by chyba być nienormalnym sadystą, by odczuwać zadowolenia z potrzeby ciągłego kontrolowania dużej dziewczyny. Trzeba by nie mieć własnego życia i innych zajęć, aby chcieć na okrągło domyślać się co też ona wkrótce zmaluje i jak temu zapobiec. To nie jest ani odrobinę przyjemne, przeciwnie - potwornie przykre i frustrujące. Gdyby nie to, że tak bardzo o nią dbaliśmy, że odcięliśmy jej pewne możliwości zaszkodzenia sobie samej, Dominika z pewnością miałaby konflikt z prawem. Jeśli dzisiaj go nie ma, to tylko dlatego że niejako "podłożyliśmy się" pod nią. Innymi słowy, dlatego że my chodzimy po komisariatach tłumaczyć się z rzekomego "znęcania", ona nie musi odpowiadać za demoralizację.

Czasem myślę z goryczą, że można było inaczej. Można było pozwolić na jeden czy drugi wypad do galerii handlowej, na swobodne kontakty z koleżankami z marginesu, które najchętniej wybierała, można było dać pieniądze, by wydała je na alkohol, a prędzej czy później także narkotyki. Ona i tak skończyłaby w tym samym miejscu, w którym jest teraz, a my mielibyśmy znacznie mniej problemów. Traktowano by nas pewnie jak nieudolnych, ale przynajmniej nie jak bandytów.




Dodaj komentarz Wyślij TrackBack