<< Wychowanie i kontrola | Strona tytułowa | Wychowanie i kontrola >>

Wychowanie i kontrola

Obrazek trzeci

Byłyśmy na placu zabaw, mniej więcej rok od czasu, gdy mała zamieszkała ze mną. To musiała być niedziela lub jakieś święto, bo pamiętam, że miała na sobie ozdobne sandałki i spódniczkę, dlatego zabroniłam jej wchodzenia do piasku. Nie była zadowolona, ale dała się przekonać, że huśtawka jest równie atrakcyjna. Do czasu aż zadzwonił telefon. Aby go odebrać oddaliłam się o kilka kroków. Już prowadząc rozmowę, widziałam jak Dominika wchodzi jednak do piaskownicy, choć przecież musiała pamiętać zakaz i wiedzieć, że nie przestałam jej obserwować. Zaniepokoiło i uderzyło mnie wtedy mocno, że wystarczy bym na chwilę odwróciła od niej uwagę i natychmiast postępowała inaczej niż prosiłam. Nie musiałam nawet znikać z jej pola widzenia, wystarczyło tylko na moment stracić czujność, by odczytała to jako zniesienie zakazu.

Kilka lat później, gdy na świecie byli już chłopcy, karmiłam ich zupkami i deserkami dla maluchów, takimi w słoiczkach. Dominika zaczęła je podjadać, a żeby się nasycić, nie wystarczał jej przecież jeden, musiała zjeść ich kilka, nierzadko całą tygodniową "wyprawkę" braci. Wiem, pięciu albo dziesięciu doświadczonych terapeutów włączyłoby się w tym momencie, wskazując na zazdrość o młodsze rodzeństwo, potrzebę większej uwagi ze strony rodziców, wreszcie poradziłoby kupować dwunastoletniej wtedy Dominice "gerberki", traktując to jako korektywne doświadczenie dzieciństwa. Czytałam gdzieś o takim szaleństwie; traktowaniu przez rodziców adopcyjnych dużego dziecka jak niemowlaka, po to, by mogło wrócić do utraconych lat, odbudować właściwe emocje i poczucie bezpieczeństwa. Osobiście uważam to za absurd. Korektywne doświadczenia może dać nowy dom, może je też stworzyć dobrze prowadzona terapia, ale na pewno nie zgoda na infantylizację dziecka, które i tak poznawczo, emocjonalnie i społecznie bardzo dobiega od rówieśników. Szczerze wątpię, że regres może prowadzić do rozwoju, a nawet jeśli czasem tak bywa, to uznanie tego za regułę byłoby kuriozalne.

Z czasem zaczęliśmy szafkę z jedzeniem dzieci zamykać na małą kłódkę, zwłaszcza gdy córka zostawała w domu sama. Kiedyś jednak, w pośpiechu zapomnieliśmy to zrobić i po powrocie stwierdziłam, że zawartość zniknęła. Przywołałam więc ją i zapytałam dlaczego znowu opróżniła zapasy. Najpierw zapierała się, że to nie ona, a gdy już zdołałam ja przekonać, że kłamstwo nie ma sensu w tej sytuacji, odpowiedziała mi najzwyczajniej w świecie: "przecież nie zamknęłaś". Uśmiecham się dzisiaj, tak ironicznie, do tych, którzy nawet w obecnej sytuacji oburzają się jak tak można postępować, jak można w domu zamykać cokolwiek przed dzieckiem, przecież wystarczy wytłumaczyć, że nie zabieramy cudzej własności. Pani z mopsu zapytała mnie kiedyś, serdecznie i bez tonu oskarżenia, dlaczego nie pozwalam, by Dominika sama nalewała sobie picie (faktycznie, musiała zaczekać aż poda je jej któreś z nas). Odpowiedziałam, że wypiłaby cały dzbanek i jeszcze półtoralitrową butelkę, która stoi obok.

Wtedy, po wizycie na placu zabaw, byłam tak bardzo zaniepokojona, że udałam się z tym problemem do pewnej pani terapeutki, która pomagała nam doraźnie w miarę uwidaczniania się różnych trudności. Powiedziałam, że wystarczy bym się odwróciła i ona zawsze złamie zakaz, zawsze zrobi inaczej niż prosiłam. Niepokoiło mnie jak to będzie w przyszłości, bo jako ośmiolatkę mogłam ją jeszcze kontrolować, ale co stanie się gdy dorośnie? Chciałam koniecznie wiedzieć kiedy się to zmieni, kiedy córka uwewnętrzni w sobie normy, których ją uczyłam. "Być może nigdy, są takie dzieci, które nigdy się tego nie nauczą" - usłyszałam wtedy i bardzo mnie to uderzyło, jednak usiłowałam wyprzeć z pamięci to stwierdzenie. Nie udało się to, "być może nigdy" zaczęło wracać do mnie zwłaszcza w ostatnich latach Nie wiem czy się z tym pogodziłam.




Dodaj komentarz Wyślij TrackBack