<< 11 styczeń 2014 | Strona tytułowa | 13 styczeń 2014 >>

Wychowanie i kontrola

Obrazek trzeci

Byłyśmy na placu zabaw, mniej więcej rok od czasu, gdy mała zamieszkała ze mną. To musiała być niedziela lub jakieś święto, bo pamiętam, że miała na sobie ozdobne sandałki i spódniczkę, dlatego zabroniłam jej wchodzenia do piasku. Nie była zadowolona, ale dała się przekonać, że huśtawka jest równie atrakcyjna. Do czasu aż zadzwonił telefon. Aby go odebrać oddaliłam się o kilka kroków. Już prowadząc rozmowę, widziałam jak Dominika wchodzi jednak do piaskownicy, choć przecież musiała pamiętać zakaz i wiedzieć, że nie przestałam jej obserwować. Zaniepokoiło i uderzyło mnie wtedy mocno, że wystarczy bym na chwilę odwróciła od niej uwagę i natychmiast postępowała inaczej niż prosiłam. Nie musiałam nawet znikać z jej pola widzenia, wystarczyło tylko na moment stracić czujność, by odczytała to jako zniesienie zakazu.

Kilka lat później, gdy na świecie byli już chłopcy, karmiłam ich zupkami i deserkami dla maluchów, takimi w słoiczkach. Dominika zaczęła je podjadać, a żeby się nasycić, nie wystarczał jej przecież jeden, musiała zjeść ich kilka, nierzadko całą tygodniową "wyprawkę" braci. Wiem, pięciu albo dziesięciu doświadczonych terapeutów włączyłoby się w tym momencie, wskazując na zazdrość o młodsze rodzeństwo, potrzebę większej uwagi ze strony rodziców, wreszcie poradziłoby kupować dwunastoletniej wtedy Dominice "gerberki", traktując to jako korektywne doświadczenie dzieciństwa. Czytałam gdzieś o takim szaleństwie; traktowaniu przez rodziców adopcyjnych dużego dziecka jak niemowlaka, po to, by mogło wrócić do utraconych lat, odbudować właściwe emocje i poczucie bezpieczeństwa. Osobiście uważam to za absurd. Korektywne doświadczenia może dać nowy dom, może je też stworzyć dobrze prowadzona terapia, ale na pewno nie zgoda na infantylizację dziecka, które i tak poznawczo, emocjonalnie i społecznie bardzo dobiega od rówieśników. Szczerze wątpię, że regres może prowadzić do rozwoju, a nawet jeśli czasem tak bywa, to uznanie tego za regułę byłoby kuriozalne.

Z czasem zaczęliśmy szafkę z jedzeniem dzieci zamykać na małą kłódkę, zwłaszcza gdy córka zostawała w domu sama. Kiedyś jednak, w pośpiechu zapomnieliśmy to zrobić i po powrocie stwierdziłam, że zawartość zniknęła. Przywołałam więc ją i zapytałam dlaczego znowu opróżniła zapasy. Najpierw zapierała się, że to nie ona, a gdy już zdołałam ja przekonać, że kłamstwo nie ma sensu w tej sytuacji, odpowiedziała mi najzwyczajniej w świecie: "przecież nie zamknęłaś". Uśmiecham się dzisiaj, tak ironicznie, do tych, którzy nawet w obecnej sytuacji oburzają się jak tak można postępować, jak można w domu zamykać cokolwiek przed dzieckiem, przecież wystarczy wytłumaczyć, że nie zabieramy cudzej własności. Pani z mopsu zapytała mnie kiedyś, serdecznie i bez tonu oskarżenia, dlaczego nie pozwalam, by Dominika sama nalewała sobie picie (faktycznie, musiała zaczekać aż poda je jej któreś z nas). Odpowiedziałam, że wypiłaby cały dzbanek i jeszcze półtoralitrową butelkę, która stoi obok.

Wtedy, po wizycie na placu zabaw, byłam tak bardzo zaniepokojona, że udałam się z tym problemem do pewnej pani terapeutki, która pomagała nam doraźnie w miarę uwidaczniania się różnych trudności. Powiedziałam, że wystarczy bym się odwróciła i ona zawsze złamie zakaz, zawsze zrobi inaczej niż prosiłam. Niepokoiło mnie jak to będzie w przyszłości, bo jako ośmiolatkę mogłam ją jeszcze kontrolować, ale co stanie się gdy dorośnie? Chciałam koniecznie wiedzieć kiedy się to zmieni, kiedy córka uwewnętrzni w sobie normy, których ją uczyłam. "Być może nigdy, są takie dzieci, które nigdy się tego nie nauczą" - usłyszałam wtedy i bardzo mnie to uderzyło, jednak usiłowałam wyprzeć z pamięci to stwierdzenie. Nie udało się to, "być może nigdy" zaczęło wracać do mnie zwłaszcza w ostatnich latach Nie wiem czy się z tym pogodziłam.

Wychowanie i kontrola

Obrazek drugi

Zaraz po studiach zaczęłam pracować w liceum. Byłam młodą nauczycielką, ale nigdy nie pozwoliłam zrobić z siebie koleżanki uczniów. Poświęcałam im dużo czasu, także tego poza godzinami pracy, ale wymagałam konsekwentnie i stawiałam jasne granice, dzięki czemu bardzo szybko stałam się jednym z najbardziej popularnych nauczycieli w szkole. Kiedy po trzech latach pracy wiedziałam już, że odchodzę i zakomunikowałam to dzieciakom, niektóre dziewczynki płakały. Przechowuję też maile od uczniów z tamtego okresu; większość z nich zawiera podziękowania za wspólnie spedzony czas i za to, że przede wszystkim uczyłam ich życia - sami to zauważyli i sami uznali za ważniejsze niż kształtowanie w nich wiedzy humanistycznej. Kiedy wychodziłam za mąż, nie byłam już pracownikiem szkoły, a jednak uczennice zaproponowały pomoc w liturgii, wzięły na siebie czytania, modlitwę wiernych, kilka osób przewinęło się przez moje mieszkanie tuż przed ceremonią, gdyż zaoferowały przystrajanie samochodu. W wielkim kościele dominikanów wypełnili niemal wszystkie ławki.

Dzisiaj też czasem jeszcze ktoś się odezwie; studenci, niektórzy są już absolwentami. Pytają co słychać, dziękują za nasz wspólny czas. Myślę o nich zawsze ciepło i serdecznie, a trzyletni okres pracy w szkole, wspominam jako jeden z najlepszych w moim życiu, bo najbardziej owocnych. A może inaczej; szybko przynoszący owoce. Czasem postępowałam jak ktoś kto zaświeci latarką na ścianie ciemnego pomieszczenia, a następnie szybko ją zgasi, mówiąc: "szukaj". Szukali, większość z nich dała się bardzo łatwo zaprosić do tej przygody. Stałam sobie gdzieś z boku i przyglądałam się jak pod wpływem małych impulsów z mojej strony, od razu kierują się w stronę prawdy, zaczynają poszukiwać Boga i momentalnie pięknieją. To jedno z najpiękniejszych życiowych doświadczeń - móc widzieć jak drugi człowiek dorasta i staje się dojrzalszym sobą.

Oczywiście bazowałam na tym, co w tych młodych ludziach wypracowali w pierwszych latach życia ich rodzice. Wychowywanie córki niestety nigdy nie było fascynujące i nie stanowiło obserwowania naturalnego procesu stawania się. Walka - męczarnia - godzenie się na minimum; tak mogłabym scharakteryzować krótko proces, który rozegrał się we mnie na przestrzeni tych ośmiu lat. Czasem zadaję sobie pytanie gdzie jest jej wewnętrzne piękno. Bo przecież jest, musi być, posiada je każdy człowiek. Czy ktoś kiedyś zdoła je wydobyć? Wierzę, że może się tak stać, jeśli trafi w nowej szkole na odpowiednich ludzi. Szkoda, że nie mogę to być ja. Bardzo chciałam być świadkiem jej dorastania, ale dzisiaj wiem już, że nie tędy droga. Niestety.