<< Dobrzy ludzie | Strona tytułowa | Wychowanie i kontrola >>

Wychowanie i kontrola

Obrazek pierwszy

Kiedy myślę o wychowywaniu dzieci, zwłaszcza nastoletnich, od razu przychodzi mi na myśl moja mama. Jako piętnastolatce malowała mi paznokcie czerwonym lakierem i pozwalała iść tak do szkoły, potem jeszcze własnoręcznie farbowała mi włosy. Znała na pamięć imiona i nazwiska wszystkich koleżanki z klasy, wiedziała nawet kto z kim siedzi w ławce, jako pierwsza słuchała o moich zauroczeniach, podsuwała rozwiązania. W klasie maturalnej wymyśliłam sobie, że nie będę chodzić na żadne wspólne lekcje powtórkowe, bo to strata czasu, a więcej nauczę się sama w domu. Mama pisała mi usprawiedliwienia i o nic nie pytała; wiedziała, że się uczę, bo przecież mi na tym zależało. Kiedy, w jej mniemaniu, pakowałam się w jakąś trudną sprawę, mówiła co myśli a wypowiedź kończyła słowami: "wiem, że i tak zrobisz po swojemu". Patrzyła mądrze i z miłością, wiedziała, że taki mój charakter - nie uginałam się łatwo - a jednocześnie musiała widzieć w tej cesze jakiś potencjał do wykorzystania w dorosłym życiu. Nigdy, przenigdy nie spróbowała mnie złamać. Raz tylko, gdy jako 14-latka wróciłam spóźniona ze stadniny o kilka godzin, w zdenerwowaniu zakazała mi jazdy konnej do końca wakacji. Wyłam przez cały kolejny dzień i chyba coś wtedy zrozumiała, bo sprytnie wymieniła mi karę na o wiele mniej dotkliwy zakaz jazdy na rowerze, nie tracąc przy tym ani odrobiny autorytetu.

W wieku osiemnastu lat, pracując jako wolontariuszka, poznałam maleńką dziewczynkę z domu dziecka. Wymyśliłam sobie, że na kilka miesięcy przed maturą, nie będę w poniedziałki chodzić na geografię, bo w domu też się nauczę a facet przynudza, zamiast tego pojadę do Andzi. Pisała mi te zwolnienia, cyklicznie, tydzień w tydzień. Kiedy maleńka, z nieuregulowaną sytuacją prawną zaczęła nazywać jej ledwie pełnoletnią córkę "mamą", z niepokojem kręciła tylko głową i mówiła: "dziecko, to będzie trudniejsze niż nieszczęśliwa miłość", ale jeździła ze mną do małej, przytulała, kupowała ubranka i drobiazgi. Gdy już jako studentka dowiedziałam się o planach rozwiązania domu małego dziecka, kibicowała mi w formułowaniu pism do sądu, zapewniała pracowników mops, że będą mi z tatą pomagać. Wiem jednak, że po cichu zadawała sobie pytanie jak poradzę sobie ze studiowaniem przy dziecku, czy znajdzie się ktoś, kto zechce zostać moim mężem. Potem, gdy już sąd zadecydował, że Andzia wraca do swojej matki (wiem, że później była jeszcze w czterech innych domach dziecka), a ja uciekałam w sen, wchodziła z hukiem do pokoju, potrząsała mną, podawała mocną parzoną kawę i kazała wstawać, powtarzając, że jeszcze kiedyś to się uda.

Pewnie dlatego zawsze chciałam mieć córkę i zawsze, także później, dziwnym trafem na kolejnych wakacjach z dziećmi z domów dziecka, trafiałam właśnie na dziewczynki. Wierzyłam, że potrafię stworzyć naprawdę dobrą relację matka-córka.




Dodaj komentarz Wyślij TrackBack