<< 2 styczeń 2014 | Strona tytułowa | 4 styczeń 2014 >>

Dobrzy ludzie

Dzisiaj sobie o nich przypomniałam. Może to dzięki nim nadal trwamy, nie zwątpiliśmy, nie rozpadła się rodzina. Dominika w swojej chorobie dążyła do tego rozpadu, dążyła do tego by mnie i męża rozdzielić, nawet sama to przyznała w rozmowie z babcią. Na szczęście znalazły się osoby, które okazały nam zrozumienie, dały wsparcie i siłę, by przetrwać. Nasi terapeuci, pani pedagog, która czuwała nad córką w szkole podstawowej i gimnazjum, panie z Mopsu, pani ze świetlicy środowiskowej, pracownicy ośrodka adopcyjnego - oni wszyscy byli i są świadkami naszych codziennych zmagań i nigdy nie dali wiary w to, że wyrządziliśmy Dominice krzywdę. Oczywiście trzeba tu wymienić także, a może przede wszystkim moich kochanych rodziców i przyjaciółki. Rozrzewniłam się nawet trochę. Całkiem sporo uzbierało się tych osób. Dobrze ich mieć i dobrze przypomnieć sobie, że ich mamy. Zwłaszcza w kontekście ciągłego bycia na cenzurowanym, ciągłego bycia ocenianym przez bliższe i dalsze otoczenie nie mające pewności czy uwierzyć nam czy Dominice mnożącej oskarżenia pod naszym adresem, a także frustrujących kontaktów z najróżniejszymi psychologami i pedagogami, którzy powołują się na swój autorytet i mienią znawcami tematu, a faktycznie wcale nimi nie są. Wielu ludzi bardzo nas skrzywdziło, dając się wciągnąć córce w grę "obrońcie mnie przed moimi rodzicami", część z nich skrzywdziła tym także samą Dominikę. Niektórzy zadali nam rany, jakie pewnie długo będziemy musieli leczyć. Dzisiaj jednak stawiam sobie przed oczami tych dobrych ludzi i o nich chcę pamiętać.

Jestem super, to swiat musi sie zmienic

Po ukończeniu przez córkę pierwszej klasy, postanowiłam przepisać ją do innej szkoły podstawowej. W tej pierwszej została dość mocno napiętnowana przez wychowawczynię i pedagoga, a ja razem z nią - jako ta, która nie potrafi poradzić sobie z "uspokojeniem" dziecka. Na tamtym etapie wierzyłam jeszcze, że po swoich traumatycznych przejściach, Dominika potrzebuje po prostu więcej czasu, by dojść do siebie i zacząć przyswajać normy społeczne. Sadziłam, iż zmiana otoczenia na nieco bardziej empatyczne i pozytywnie nastawione do dziecka, z całą pewnością pomoże jej w odzyskaniu psychicznej równowagi. Dodatkowo zapisałam ją też na zajęcia taneczne prowadzone na terenie szkoły, więc udało się w sposób wartościowy zorganizować także czas wolny.

Córka, co prawda, nadal kłóciła się z koleżankami, ale trafiłyśmy na świetną wychowawczynię, która nie dość że była bardzo opiekuńcza w stosunku do Dominiki, to także mnie ofiarowała wiele wsparcia. Wydawało mi się wtedy, że konflikty między córką a koleżankami są jeszcze w granicach normy, a dziewczynki po prostu rywalizują o siebie nawzajem. Jakże byłam zdziwiona, kiedy poszłam z nią na przygotowania do I Komunii Świętej i zobaczyłam obraz zupełnie inny niż wynikający z relacji Dominiki. Gdziekolwiek usiadła, zaraz podrywało się dziecko siedzące obok i zmieniało miejsce. Córka, niezrażona ewidentnym komunikatem "nie chcę przy tobie siedzieć", wstawała także i znowu siadała obok, po czym cała wędrówka powtarzała się. Byłam mocno zaniepokojona, gdyż wcześniej nie miałam świadomości, że jest aż tak bardzo odrzucona. W drodze powrotnej i wiele razy później, próbowałam uświadomić jej problem, zapytać jak się z tym czuje, podpowiedzieć co mogłaby zrobić, by dzieci przed nią nie uciekały. Dominika nie przyjęła tego do wiadomości. Zaprzeczała usilnie, tłumacząc, że wszyscy ją lubią, tylko ja coś jej wmawiam, gdy nie ustępowałam i nadal tłumaczyłam, że ma problem, reagowała agresją i winą obarczała mnie, zarzucała nadinterpretację i złe intencje.

Nigdy się to nie zmieniło. Nigdy nie dotarły tłumaczenia, ani nasze, ani terapeutów, że ma problem ze sobą, wiele problemów, nad którymi powinna zacząć pracować, bo przecież ma do tego świetne warunki; wspierających rodziców, terapię, psychiatrę, przyjaźnie nastawionych pracowników szkoły, świetlicę socjoterapeutyczną. Dominika zawsze, konsekwentnie powtarzała, że jej nie kochamy i dlatego wmawiamy, że coś z nią nie tak. Do samego końca utrzymywała i nadal utrzymuje, że jest absolutnie zwyczajną dziewczynką, tylko to my jesteśmy dziwnymi rodzicami. Nadal twierdzi, że w ośrodku jest super, choć wiemy już, że wszystkie problemy znane nam z codziennego życia z córką, tam także się powtórzyły.

To dlatego prowadzona od ponad trzech lat terapia rodzinna przyniosła korzyść tylko nam, zaś na córkę praktycznie nie wpłynęła, tzn. nie wywołała zmiany jej zachowania. Żadna terapia nie wywoła pozytywnego skutku, jeśli człowiek najpierw nie uzna, że naprawdę jej potrzebuje.