<< Upomnienie od pani psycholog | Strona tytułowa | Pies w kolczatce >>

Buzia umazana lodami

Mniej więcej pół roku temu zaczęliśmy mierzyć się z myślą, że wiele nie osiągnęliśmy na polu kształtowania osobowości córki i najpewniej nie zmieni się to w bliskiej przyszłości. Na tym etapie pojawił się też wtedy jeszcze mglisty pomysł poszukania dla niej ośrodka socjoterapii. Nie było to złożenie broni, raczej stanięcie w prawdzie wobec niezaprzeczalnych faktów, że Dominika nie dała się nam poprowadzić ani ukształtować, nie przejęła naszych poglądów, zwyczajów czy systemu wartości.

Widzieliśmy jak na dłoni, że córka zmierza w złym kierunku; chętnie wchodzi w trudne towarzystwo, jest konfliktowa, nie wkłada wysiłku w naukę, i tę szkolną, i tę naukę życia (pomoc w domu, sprzątanie, rozwiązywanie problemów z rówieśnikami, itp.), nie dostrzega swoich błędów, zrzucając odpowiedzialność na ludzi wokół, najczęściej na nas, nie wyciąga wniosków z zaznanych porażek, wszystko chciałaby od życia po prostu dostać, nie wkładając w to najmniejszego wysiłku, w dodatku staje się coraz bardziej roszczeniowa i uważa, że przywileje i atrakcje po prostu jej się należą bez związku z jej zachowaniem. Jako rodzice stanęliśmy wobec bardzo trudnej perspektywy; nasze dziecko prawdopodobnie zmarnuje sobie życie. Jak może być inaczej, skoro pracował nad nią sztab specjalistów, a ona nikogo nie zamierza słuchać, przekonana, że zawsze i we wszystkim jej punkt widzenia jest decydujący? W tej sytuacji należało rozstrzygnąć jak nie przestać być rodzicami, mając powyższe na uwadze.

Z pomocą przyszło mi pewne wspomnienie. Przypomniałam sobie okres studencki, kiedy jako wolontariuszka pracowałam w różnych domach dziecka, a także wyjeżdżałam na kolonie z takimi dziećmi. Wielokrotnie prezentowały one typowe antyspołeczne zachowania. Z dużą dozą prawdopodobieństwa można było orzec, że dziesięcio czy dwunastolatek powieli błędy środowiska, z którego został odebrany. Jako wychowawcy nie myśleliśmy wtedy o tym co będzie za kilka lat, po prostu organizowaliśmy tym dzieciom wycieczki, zabawy, dbaliśmy, by mieli uśmiechnięte buzie, tym bardziej, że poniekąd sami szykują sobie trudne życie. Wytłumaczyć im nie możemy, ale możemy dać im chwile beztroskiej radości.

Postanowiłam w taki sposób spojrzeć na własną córkę. Nie spalać się już na żadnych oczekiwaniach, nawet tych najmniejszych - że zacznie odrabiać zadania choćby na dopuszczający czy że kiedykolwiek z własnej inicjatywy pościeli łóżko. Z myślą, że kiedyś, w dorosłym życiu pozwolę jej ponieść konsekwencje stawianego nam ciągle oporu, na razie mogę po prostu kupić jej lody czekoladowe i cieszyć się, że przez moment jest szczęśliwa. Byle tylko zaprzestała awantur i prowokowania nas na każdym kroku. Ukrywając łzy, powiedziałam o tym pomyśle na terapii. Mamy bardzo wrażliwych terapeutów, którzy natychmiast mój stan wyłapali. "Dominika, twoja mama mówi, że chce od ciebie minimum minimów, czy możesz zgodzić się chociaż na tyle?" - padło pytanie skierowane do córki. Nie odpowiedziała.




Dodaj komentarz Wyślij TrackBack