<< grudzień 2013 | Strona tytułowa | luty 2014 >>

Poczatek i sens drogi

Poczatek

To musiała być wczesna wiosna, może końcówka zimy. O adopcji myślałam od jakichś dwóch lat, na początku to była luźna fantazja, potem pomysł, by kiedyś w przyszłości stworzyć rodzinę, w której oprócz dzieci biologicznych, znajdzie się miejsce dla porzuconych przez kogoś innego. Przez te dwa lata mglista wizja owego "kiedyś" urosła w moich myślach do takich rozmiarów, że nie próbowałam już walczyć z tym pragnieniem. Tamtego dnia wkroczyłam do ośrodka adopcyjnego pewnym krokiem i oświadczyłam dyżurującej osobie, że niedługo skończę osiemnaście lat, ale szkoda marnować czas, więc moglibyśmy zacząć procedurę nieco wcześniej - od razu. Pani zachowała kamienną twarz i okazała mi wiele zrozumienia; wytłumaczyła, że dla sądu to nie jest klarowna sytuacja, nawet jeśli mam własne mieszkanie, że powinnam pomyśleć o studiach i w tym czasie zawrzeć dobre przyjaźnie, wytańczyć się na dyskotekach, zwiedzić Europę i wrócić do niej za kilka lat; wtedy zastanowimy się czy mają pod swoją opieką dziecko czekające właśnie na mnie. Dzisiaj uśmiecham się do tamtego wspomnienia, ale wtedy byłam najzwyczajniej w świecie rozzłoszczona, iż potraktowano mnie jak małolatę i nie uwierzono, że ja naprawdę mówię poważnie i nie zmieni tego ani klub w piwnicach rynku, ani kufel piwa z sokiem imbirowym, ani choćby sama Wenecja.

Nie posłuchałam rady. Obeszłam wszystkie ośrodki adopcyjne w moim mieście, a gdy wszędzie słyszałam to samo, ruszyłam na pcpry i oddziały ośrodka pomocy społecznej. Zostałam też wolontariuszką. W ciągu pięciu lat studiów odwiedziłam większość miejscowych domów dziecka, wyjeżdżałam też z dziećmi na wakacje i ferie zimowe. W takich okolicznościach po raz pierwszy usłyszałam słowo "mamo" - od dziewczynki, którą bardzo pokochałam i o którą bez skutku walczyłam w sądzie w sumie przez cztery lata. W moim mieście mnie nie chcieli - pojechałam na szkolenie do ośrodka adopcyjnego oddalonego o 100 km., a ściślej mówiąc, dojeżdżałam tam co dwa tygodnie pociągiem zaraz po zajęciach na uczelni. Kiedy po tej podróży z powrotem wysiadłam na dworcu, była już północ. Na szczęście podwoził mnie do domu samochodem kolega, wiele nie rozmawialiśmy, bo ze zmęczenia usypiałam na przednim siedzeniu samochodu.

Budynek sądu stał się dla mnie stałym miejscem odwiedzin. Początkowo czułam ścisk żołądka, poddając się kontroli przy wejściu, potem to już była rutyna; szybki rzut torebki na taśmę, bramka, dziennik podawczy, któryś z sekretariatów. Nauczyłam się na pamięć procedur, akta wertowałam niczym rasowy znawca tematu, oblegałam kuratorów oraz dyżury sędziów przewodniczących. Jednego wspominam szczególnie ciepło; młody jak na swoje stanowisko mężczyzna, zawsze miał czas, zawsze uważnie słuchał, zawsze traktował poważnie młodziutką studentkę zakochaną w obcym dziecku. Musiałam wyróżniać się spośród odwiedzających go petentów, bo kilka lat później od razu rozpoznał mnie podczas przypadkowego spotkania w markecie budowlanym.

Udając się do sądu niedawno, zastanawiałam się jakie uczucie będzie mi towarzyszyć podczas przechodzenia przez słynne bramki. Byłam spokojna. Wiedziałam co robić, dokąd iść, zastanawiałam się tylko czy ten konkretny wydział zastanę na piętrze, na którym mieścił się wtedy. Czy ponad dziesięć lat temu byłabym w stanie wyobrazić sobie powód, który ponownie mnie do sądu przyprowadzi?

By dostać się w odpowiednie miejsce, trzeba dojechać tam windą. Winda jest o tyle specyficzna, że na zawieszone wewnątrz niej lustro pada bardzo jasne światło dzienne. Byłam na trzecim roku polonistyki i na pierwszym psychologii, gdy przemieszczając się nią w sprawie mojej maleńkiej, po raz pierwszy zobaczyłam zarys zmarszczek mimicznych wokół oczu. Nie tyle przestraszyłam się wtedy, co zdziwiłam, że tak szybko się pokazały. Wstrętna winda. Tym razem, po ułamku sekundy odwróciłam wzrok od lustra, a kilka dni później kupiłam dobry krem. Stanowczo za wcześnie. Trochę mi jednak wstyd z powodu tego zakupu. Moje młode, zmęczone oczy są zapisem historii życia. Tej najwcześniejszej i tej już z Dominiką. Przyjmowałam wówczas wszystko, co przyniesie decyzja o zaopiekowaniu się nią z wiarą, że to ma sens, że ma sens każde poświęcenie dla dobra sprawy, potem tak samo myślałam, zabierając pod swój dach Patryka. Patrząc na stojący na toaletce kremik w pudełku ze złotym wieczkiem, widzę, że nie umiem przyjąć tego do końca, że kiedy namacalnie zaczyna mnie to kosztować, kiedy płacę własną twarzą, nagle okazuje się, że cenniejsze od sensu jest podobieństwo (lub jego brak) do jakiejś podrasowanej modelki z bilbordów. Nie chcę wpadać w niezdrowe skrajności ani rozpoczynać kampanii przeciwko przemysłowi kosmetycznemu, na pewno nie. Chciałabym tylko umieć oddawać także wtedy, gdy boli, a efektów nie widać. Na tym chyba między innymi polega konsekwencja i dojrzałość. Wierzę, że wciąż do tego dorastam.

Odrobina dobra

Dominika z kieszonkowego, które dostaje w domu dziecka kupiła chłopcom książeczki i inne drobiazgi. W ten sposób dała wyraz temu, że o nich pamięta, że ich kocha, że potrafi myśleć nie tylko o sobie, że umie zrezygnować z jakichś swoich potrzeb, by coś komuś ofiarować, wreszcie, że dawanie przynosi jej radość.

Uśmiecham się na to wspomnienie i na widok książeczek. Na pewno będę chciała zachować je jako szczególną pamiątkę. Nie chodzi o to, iż pozytywne gesty są u niej całkowitą rzadkością, nie. Jeśli chodzi o odruchy dobrej woli, Dominika ma ich sporo, problem polega raczej na tym, że brakuje jej konsekwencji i zapału, by jakieś rozpoczęte dobro kontynuować, gdy pojawiają się trudności. Ogromnym problemem stanowi u niej także niechęć do jakichkolwiek, nawet najmniejszych wyrzeczeń na rzecz drugiego człowieka.

Te książeczki są wyrazem wyrzeczenia i to bardzo wymiernego. Jeśli to miałby być jedyny owoc mojego ośmioletniego trudu w wychowywaniu jej, to było warto. Panie Boże, rozpal tę iskierkę dobra. Może jeszcze jest nadzieja. Proszę Cię o cud.

Byc rodzicem, czyli kilka slow o milosci

Dominika, mimo ukończonych czternastu lat, nie potrafi przewidywać konsekwencji swoich decyzji, brakuje jej też głębszej autorefleksji. Dzisiaj wie już, że dom dziecka nie jest rajem na ziemi, gdzie bez ograniczeń ogląda się telewizję, je, surfuje w internecie, gdzie nie trzeba składać własnych ubrań ani ścielić łóżka, a nauka idzie w całkowite zapomnienie. Kiedy uświadamiam jej, że wybierając pobyt w placówce (jako odwet za moją odmowę natychmiastowego zakupu nowych spodni), zadziałała na własną szkodę, odpowiada tylko: "myślałam, że tam będzie fajnie". Gdyby rzeczywiście było fajnie, z pewnością by tej decyzji nie żałowała.

Z góry przewidzieliśmy, że skoro córka dotychczas w każdym środowisku miała problemy adaptacyjne, to i w tym miejscu one się pojawią. Nie sądziliśmy jednak, że wystąpią na taką skalę i tak bardzo dadzą się jej we znaki. Dziewczynki w takiej placówce nie są ani trochę grzeczne, w dodatku wyczuwają podwójną inność Dominiki; po pierwsze wynikającą z jej zaburzeń, po drugie będącą konsekwencją podejmowanych przez nas wciąż na nowo prób troskliwego i mądrego wychowania, co zaowocowało tym, że mimo wszystko, nie jest ona jednak zdemoralizowana. Był taki okres, kiedy niemal codziennie wysłuchiwałam wyznań telefonicznych zapłakanej córki.

Po pierwszym tego typu telefonie, przerażona przekazałam mężowi to co przed chwilą sama usłyszałam w słuchawce - informację o szarpaniu Dominiki za włosy, straszeniu z nożem w ręku. Zobaczyłam na jego twarzy autentyczne zatroskanie i w sekundzie całą sobą poczułam jak bardzo kocham go za to spojrzenie, w którym wciąż widać miłość do siejącej zniszczenie dziewczynki. Usiadłam na kanapie obok i wspólnie od nowa przeżywaliśmy ostatnie wydarzenia, ubolewając nad tym jak wielką Dominika wyrządziła sobie krzywdę, na własne życzenie odchodząc z domu. Postanowiliśmy też za wszelką cenę walczyć o dobre docelowe miejsce dla niej - takie, w którym otrzyma kolejną szansę na wyjście ze swoich problemów.

Dziękuję Panu Bogu, Temu od Którego pochodzi wszelkie dobro w nas, za ten moment i wszystkie inne, być może nieliczne, w których uświadamiamy sobie, że jednak na dnie serca wciąż tli się miłość do niej. Oczernieni przez córkę, zmęczeni podejrzliwymi, a przynajmniej zaciekawionymi spojrzeniami bliższych i dalszych sąsiadów, zmuszeni do udowadniania swojej niewinności instytucjom, które w tym momencie mają prawa tego od nas wymagać, zeznający na policji w sprawie o znęcanie, wciąż mamy w sobie dość uczuć, by przejąć się jej krzywdą i płaczem. To jest miłość. Być może nie taka, jaką żywi większość rodziców wobec swoich dzieci - emocjonalna, przejawiająca się w sposób naturalny w gestach i słowach, ale miłość intencji, ta, która jest troską i pragnieniem dobra drugiego człowieka.

Niektórzy uważają, że powinno to być oczywiste jak oddychanie, spotkaliśmy na naszej drodze osoby, które wręcz wymagały tego od nas. Wydaje się im naturalne, że w tak trudnej sytuacji będziemy zawsze pozytywnie na córkę reagować. Jeśli ktoś ma wobec nas takie oczekiwania, to znaczy, że ani trochę nie rozumie istoty rodzicielstwa adopcyjnego, zwłaszcza tego, które rozpoczęło się, gdy pociecha w chwili spotkania była kilkuletnim młodym człowiekiem. To znaczy, że wywierając emocjonalny nacisk, każe nam niejako tym bardziej udowadniać, iż jesteśmy "prawdziwymi" rodzicami, zawsze przyjmiemy nasze adoptowane dziecko z bogactwem inwentarza i w dodatku z szerokim uśmiechem na twarzy. Nie mam potrzeby udowadniania sobie niczego. Nie ma we mnie ani krzty pragnienia, by przekonać kogokolwiek czy choćby siebie samą, że kocham Dominikę tak jak kochałabym urodzoną przez siebie i od początku wychowaną wspólnie z mężem małą dziewczynkę. Nie ma we mnie presji, by zaprzeczyć naturze i wykonywać sztuczne gesty, po to by budować fałszywy obraz adopcji. Wiem ile razem zrobiliśmy dla Dominiki i wiem ile planujemy zrobić w przyszłości. Wiem, że niezależnie od uczuć szalejących aktualnie "na powierzchni", przez resztę życia będę nosić ją w moich myślach i szukać jej dobra.

To nie jest ani odrobinę oczywiste. To jest ogromnie dużo i zamierzam być dumna z tego, że to w sobie ocaliłam.

Wychowanie i kontrola

Obrazek czwarty

Wyobrażam sobie, że kiedy biologiczne dziecko wchodzi w okres dojrzewania, rodzice muszą być zaniepokojeni. Nagle ich syn lub córka ma własnymi metodami zweryfikować wartość wszystkiego, czego dotąd zdołali ją/jego nauczyć. Nie jest tajemnicą, że w tym czasie nawet mądre, dobrze wychowywane dzieciaki pozwalają sobie na bardzo nieodpowiedzialne zachowania. Nie jest też tajemnicą, iż często stają w opozycji wobec tych, których kochają najbardziej - rodziców. Pociechą dla biologicznych może być fakt, że przekazany przez nich świat wartości zdążył się w dzieciach uwewnętrznić i nawet jeśli zechcą go doświadczalnie zweryfikować, to z całą pewnością posiadają bazę, punkt odniesienia, do którego, po przeprowadzeniu eksperymentów życiowych, będzie można spokojnie i bezpiecznie powrócić.

Kiedy słyszę od dobrze nam życzących ludzi, że szaleństwa córki trzeba po prostu przeczekać, bo jest teraz w głupim wieku i na pewno za jakiś czas jej to minie, nie podejmuję dłuższej dyskusji. Owszem, Dominika weszła w okres dorastania i problemy, które wniosła ze sobą do naszej rodziny musiały się nasilić - tu się zgadzam. Nie stać mnie jednak na optymizm, wedle którego miałabym pokładać nadzieję na zmianę w samym tylko upływie czasu. Ona nie ma tej właśnie bazy, nie zbudowała z nami podstaw, które byłyby punktem wyjścia dla dalszych poszukiwań siebie samej. Nasza córka nie uwewnętrzniła tego, co staraliśmy się jej przekazać.

Co zatem można zrobić, jeśli dziecko, które nie wykształciło emocjonalnych ani moralnych instynktów obronnych, które nawet nie nauczyło się panować nad własnymi, zgubnymi impulsami, które jest w stanie zdobyć się na względne posłuszeństwo tylko wówczas, gdy nie spuszcza się go z pola widzenia, zaczyna domagać się coraz większej wolności? Rodzicom pozostaje jedynie przewidzieć czyhające na nie zagrożenia, także te, jakie samo sobie stwarza i zapobiegać im. Siłą rzeczy, temu dziecku nie można dać takiej swobody, z jakiej korzystają zwykle jego rówieśnicy.

Czy mogę zgodzić się na wyjście ze znajomymi na spacer nad staw? Wcale nie mam przekonania, że Dominika nie zechce się w nim nagle wykąpać, aby zaimponować kolegom, choć ani trochę nie umie pływać (kiedyś zgłosiła się mimo to na zawody pływackie i gdybym jej tego wprost nie zakazała, z pewnością wzięłaby w nich udział i być może naraziła nawet swoje życie). Musiałabym chyba im towarzyszyć, a kto zaprosi na spacer nieco dziwną koleżankę, która w dodatku zabiera ze sobą mamę? Czy mogę zezwolić na wyjazd z koleżanką do centrum handlowego, wiedząc, że nawet pod naszą opieką zdarzało się jej otworzyć w sklepie paczkę słodyczy, zjeść i zostawić puste pudełko? Jakim sposobem miałabym nie drżeć ze strachu, zezwalając Dominice na odwiedziny u koleżanki, wiedząc, że w domu nie ma rodziców, a ją bardziej niż owa koleżanka interesuje jej wątpliwej reputacji wujek, w dodatku okazujący córce swoje względy? Jak mam zgodzić się na posiadanie telefonu komórkowego, skoro dziesiąta próba pozwolenia na jego korzystanie kończy się ponownymi uwagami nauczycieli z powodu używania go na lekcji albo pretensjami rodziców, iż za pośrednictwem aparatu nęka nocami ich syna? Jak nie kontrolować korzystania z Facebooka, jeśli zaczepia tam obcych, dorosłych mężczyzn? Jak dać nieograniczony dostęp do lodówki, skoro jedzenie bez kontroli regularnie kończy się obstrukcją?

Denerwują mnie wszyscy, którzy uważają, że my tak lubimy. Trzeba by chyba być nienormalnym sadystą, by odczuwać zadowolenia z potrzeby ciągłego kontrolowania dużej dziewczyny. Trzeba by nie mieć własnego życia i innych zajęć, aby chcieć na okrągło domyślać się co też ona wkrótce zmaluje i jak temu zapobiec. To nie jest ani odrobinę przyjemne, przeciwnie - potwornie przykre i frustrujące. Gdyby nie to, że tak bardzo o nią dbaliśmy, że odcięliśmy jej pewne możliwości zaszkodzenia sobie samej, Dominika z pewnością miałaby konflikt z prawem. Jeśli dzisiaj go nie ma, to tylko dlatego że niejako "podłożyliśmy się" pod nią. Innymi słowy, dlatego że my chodzimy po komisariatach tłumaczyć się z rzekomego "znęcania", ona nie musi odpowiadać za demoralizację.

Czasem myślę z goryczą, że można było inaczej. Można było pozwolić na jeden czy drugi wypad do galerii handlowej, na swobodne kontakty z koleżankami z marginesu, które najchętniej wybierała, można było dać pieniądze, by wydała je na alkohol, a prędzej czy później także narkotyki. Ona i tak skończyłaby w tym samym miejscu, w którym jest teraz, a my mielibyśmy znacznie mniej problemów. Traktowano by nas pewnie jak nieudolnych, ale przynajmniej nie jak bandytów.

Wychowanie i kontrola

Obrazek trzeci

Byłyśmy na placu zabaw, mniej więcej rok od czasu, gdy mała zamieszkała ze mną. To musiała być niedziela lub jakieś święto, bo pamiętam, że miała na sobie ozdobne sandałki i spódniczkę, dlatego zabroniłam jej wchodzenia do piasku. Nie była zadowolona, ale dała się przekonać, że huśtawka jest równie atrakcyjna. Do czasu aż zadzwonił telefon. Aby go odebrać oddaliłam się o kilka kroków. Już prowadząc rozmowę, widziałam jak Dominika wchodzi jednak do piaskownicy, choć przecież musiała pamiętać zakaz i wiedzieć, że nie przestałam jej obserwować. Zaniepokoiło i uderzyło mnie wtedy mocno, że wystarczy bym na chwilę odwróciła od niej uwagę i natychmiast postępowała inaczej niż prosiłam. Nie musiałam nawet znikać z jej pola widzenia, wystarczyło tylko na moment stracić czujność, by odczytała to jako zniesienie zakazu.

Kilka lat później, gdy na świecie byli już chłopcy, karmiłam ich zupkami i deserkami dla maluchów, takimi w słoiczkach. Dominika zaczęła je podjadać, a żeby się nasycić, nie wystarczał jej przecież jeden, musiała zjeść ich kilka, nierzadko całą tygodniową "wyprawkę" braci. Wiem, pięciu albo dziesięciu doświadczonych terapeutów włączyłoby się w tym momencie, wskazując na zazdrość o młodsze rodzeństwo, potrzebę większej uwagi ze strony rodziców, wreszcie poradziłoby kupować dwunastoletniej wtedy Dominice "gerberki", traktując to jako korektywne doświadczenie dzieciństwa. Czytałam gdzieś o takim szaleństwie; traktowaniu przez rodziców adopcyjnych dużego dziecka jak niemowlaka, po to, by mogło wrócić do utraconych lat, odbudować właściwe emocje i poczucie bezpieczeństwa. Osobiście uważam to za absurd. Korektywne doświadczenia może dać nowy dom, może je też stworzyć dobrze prowadzona terapia, ale na pewno nie zgoda na infantylizację dziecka, które i tak poznawczo, emocjonalnie i społecznie bardzo dobiega od rówieśników. Szczerze wątpię, że regres może prowadzić do rozwoju, a nawet jeśli czasem tak bywa, to uznanie tego za regułę byłoby kuriozalne.

Z czasem zaczęliśmy szafkę z jedzeniem dzieci zamykać na małą kłódkę, zwłaszcza gdy córka zostawała w domu sama. Kiedyś jednak, w pośpiechu zapomnieliśmy to zrobić i po powrocie stwierdziłam, że zawartość zniknęła. Przywołałam więc ją i zapytałam dlaczego znowu opróżniła zapasy. Najpierw zapierała się, że to nie ona, a gdy już zdołałam ja przekonać, że kłamstwo nie ma sensu w tej sytuacji, odpowiedziała mi najzwyczajniej w świecie: "przecież nie zamknęłaś". Uśmiecham się dzisiaj, tak ironicznie, do tych, którzy nawet w obecnej sytuacji oburzają się jak tak można postępować, jak można w domu zamykać cokolwiek przed dzieckiem, przecież wystarczy wytłumaczyć, że nie zabieramy cudzej własności. Pani z mopsu zapytała mnie kiedyś, serdecznie i bez tonu oskarżenia, dlaczego nie pozwalam, by Dominika sama nalewała sobie picie (faktycznie, musiała zaczekać aż poda je jej któreś z nas). Odpowiedziałam, że wypiłaby cały dzbanek i jeszcze półtoralitrową butelkę, która stoi obok.

Wtedy, po wizycie na placu zabaw, byłam tak bardzo zaniepokojona, że udałam się z tym problemem do pewnej pani terapeutki, która pomagała nam doraźnie w miarę uwidaczniania się różnych trudności. Powiedziałam, że wystarczy bym się odwróciła i ona zawsze złamie zakaz, zawsze zrobi inaczej niż prosiłam. Niepokoiło mnie jak to będzie w przyszłości, bo jako ośmiolatkę mogłam ją jeszcze kontrolować, ale co stanie się gdy dorośnie? Chciałam koniecznie wiedzieć kiedy się to zmieni, kiedy córka uwewnętrzni w sobie normy, których ją uczyłam. "Być może nigdy, są takie dzieci, które nigdy się tego nie nauczą" - usłyszałam wtedy i bardzo mnie to uderzyło, jednak usiłowałam wyprzeć z pamięci to stwierdzenie. Nie udało się to, "być może nigdy" zaczęło wracać do mnie zwłaszcza w ostatnich latach Nie wiem czy się z tym pogodziłam.

Wychowanie i kontrola

Obrazek drugi

Zaraz po studiach zaczęłam pracować w liceum. Byłam młodą nauczycielką, ale nigdy nie pozwoliłam zrobić z siebie koleżanki uczniów. Poświęcałam im dużo czasu, także tego poza godzinami pracy, ale wymagałam konsekwentnie i stawiałam jasne granice, dzięki czemu bardzo szybko stałam się jednym z najbardziej popularnych nauczycieli w szkole. Kiedy po trzech latach pracy wiedziałam już, że odchodzę i zakomunikowałam to dzieciakom, niektóre dziewczynki płakały. Przechowuję też maile od uczniów z tamtego okresu; większość z nich zawiera podziękowania za wspólnie spedzony czas i za to, że przede wszystkim uczyłam ich życia - sami to zauważyli i sami uznali za ważniejsze niż kształtowanie w nich wiedzy humanistycznej. Kiedy wychodziłam za mąż, nie byłam już pracownikiem szkoły, a jednak uczennice zaproponowały pomoc w liturgii, wzięły na siebie czytania, modlitwę wiernych, kilka osób przewinęło się przez moje mieszkanie tuż przed ceremonią, gdyż zaoferowały przystrajanie samochodu. W wielkim kościele dominikanów wypełnili niemal wszystkie ławki.

Dzisiaj też czasem jeszcze ktoś się odezwie; studenci, niektórzy są już absolwentami. Pytają co słychać, dziękują za nasz wspólny czas. Myślę o nich zawsze ciepło i serdecznie, a trzyletni okres pracy w szkole, wspominam jako jeden z najlepszych w moim życiu, bo najbardziej owocnych. A może inaczej; szybko przynoszący owoce. Czasem postępowałam jak ktoś kto zaświeci latarką na ścianie ciemnego pomieszczenia, a następnie szybko ją zgasi, mówiąc: "szukaj". Szukali, większość z nich dała się bardzo łatwo zaprosić do tej przygody. Stałam sobie gdzieś z boku i przyglądałam się jak pod wpływem małych impulsów z mojej strony, od razu kierują się w stronę prawdy, zaczynają poszukiwać Boga i momentalnie pięknieją. To jedno z najpiękniejszych życiowych doświadczeń - móc widzieć jak drugi człowiek dorasta i staje się dojrzalszym sobą.

Oczywiście bazowałam na tym, co w tych młodych ludziach wypracowali w pierwszych latach życia ich rodzice. Wychowywanie córki niestety nigdy nie było fascynujące i nie stanowiło obserwowania naturalnego procesu stawania się. Walka - męczarnia - godzenie się na minimum; tak mogłabym scharakteryzować krótko proces, który rozegrał się we mnie na przestrzeni tych ośmiu lat. Czasem zadaję sobie pytanie gdzie jest jej wewnętrzne piękno. Bo przecież jest, musi być, posiada je każdy człowiek. Czy ktoś kiedyś zdoła je wydobyć? Wierzę, że może się tak stać, jeśli trafi w nowej szkole na odpowiednich ludzi. Szkoda, że nie mogę to być ja. Bardzo chciałam być świadkiem jej dorastania, ale dzisiaj wiem już, że nie tędy droga. Niestety.

Wychowanie i kontrola

Obrazek pierwszy

Kiedy myślę o wychowywaniu dzieci, zwłaszcza nastoletnich, od razu przychodzi mi na myśl moja mama. Jako piętnastolatce malowała mi paznokcie czerwonym lakierem i pozwalała iść tak do szkoły, potem jeszcze własnoręcznie farbowała mi włosy. Znała na pamięć imiona i nazwiska wszystkich koleżanki z klasy, wiedziała nawet kto z kim siedzi w ławce, jako pierwsza słuchała o moich zauroczeniach, podsuwała rozwiązania. W klasie maturalnej wymyśliłam sobie, że nie będę chodzić na żadne wspólne lekcje powtórkowe, bo to strata czasu, a więcej nauczę się sama w domu. Mama pisała mi usprawiedliwienia i o nic nie pytała; wiedziała, że się uczę, bo przecież mi na tym zależało. Kiedy, w jej mniemaniu, pakowałam się w jakąś trudną sprawę, mówiła co myśli a wypowiedź kończyła słowami: "wiem, że i tak zrobisz po swojemu". Patrzyła mądrze i z miłością, wiedziała, że taki mój charakter - nie uginałam się łatwo - a jednocześnie musiała widzieć w tej cesze jakiś potencjał do wykorzystania w dorosłym życiu. Nigdy, przenigdy nie spróbowała mnie złamać. Raz tylko, gdy jako 14-latka wróciłam spóźniona ze stadniny o kilka godzin, w zdenerwowaniu zakazała mi jazdy konnej do końca wakacji. Wyłam przez cały kolejny dzień i chyba coś wtedy zrozumiała, bo sprytnie wymieniła mi karę na o wiele mniej dotkliwy zakaz jazdy na rowerze, nie tracąc przy tym ani odrobiny autorytetu.

W wieku osiemnastu lat, pracując jako wolontariuszka, poznałam maleńką dziewczynkę z domu dziecka. Wymyśliłam sobie, że na kilka miesięcy przed maturą, nie będę w poniedziałki chodzić na geografię, bo w domu też się nauczę a facet przynudza, zamiast tego pojadę do Andzi. Pisała mi te zwolnienia, cyklicznie, tydzień w tydzień. Kiedy maleńka, z nieuregulowaną sytuacją prawną zaczęła nazywać jej ledwie pełnoletnią córkę "mamą", z niepokojem kręciła tylko głową i mówiła: "dziecko, to będzie trudniejsze niż nieszczęśliwa miłość", ale jeździła ze mną do małej, przytulała, kupowała ubranka i drobiazgi. Gdy już jako studentka dowiedziałam się o planach rozwiązania domu małego dziecka, kibicowała mi w formułowaniu pism do sądu, zapewniała pracowników mops, że będą mi z tatą pomagać. Wiem jednak, że po cichu zadawała sobie pytanie jak poradzę sobie ze studiowaniem przy dziecku, czy znajdzie się ktoś, kto zechce zostać moim mężem. Potem, gdy już sąd zadecydował, że Andzia wraca do swojej matki (wiem, że później była jeszcze w czterech innych domach dziecka), a ja uciekałam w sen, wchodziła z hukiem do pokoju, potrząsała mną, podawała mocną parzoną kawę i kazała wstawać, powtarzając, że jeszcze kiedyś to się uda.

Pewnie dlatego zawsze chciałam mieć córkę i zawsze, także później, dziwnym trafem na kolejnych wakacjach z dziećmi z domów dziecka, trafiałam właśnie na dziewczynki. Wierzyłam, że potrafię stworzyć naprawdę dobrą relację matka-córka.

Dobrzy ludzie

Dzisiaj sobie o nich przypomniałam. Może to dzięki nim nadal trwamy, nie zwątpiliśmy, nie rozpadła się rodzina. Dominika w swojej chorobie dążyła do tego rozpadu, dążyła do tego by mnie i męża rozdzielić, nawet sama to przyznała w rozmowie z babcią. Na szczęście znalazły się osoby, które okazały nam zrozumienie, dały wsparcie i siłę, by przetrwać. Nasi terapeuci, pani pedagog, która czuwała nad córką w szkole podstawowej i gimnazjum, panie z Mopsu, pani ze świetlicy środowiskowej, pracownicy ośrodka adopcyjnego - oni wszyscy byli i są świadkami naszych codziennych zmagań i nigdy nie dali wiary w to, że wyrządziliśmy Dominice krzywdę. Oczywiście trzeba tu wymienić także, a może przede wszystkim moich kochanych rodziców i przyjaciółki. Rozrzewniłam się nawet trochę. Całkiem sporo uzbierało się tych osób. Dobrze ich mieć i dobrze przypomnieć sobie, że ich mamy. Zwłaszcza w kontekście ciągłego bycia na cenzurowanym, ciągłego bycia ocenianym przez bliższe i dalsze otoczenie nie mające pewności czy uwierzyć nam czy Dominice mnożącej oskarżenia pod naszym adresem, a także frustrujących kontaktów z najróżniejszymi psychologami i pedagogami, którzy powołują się na swój autorytet i mienią znawcami tematu, a faktycznie wcale nimi nie są. Wielu ludzi bardzo nas skrzywdziło, dając się wciągnąć córce w grę "obrońcie mnie przed moimi rodzicami", część z nich skrzywdziła tym także samą Dominikę. Niektórzy zadali nam rany, jakie pewnie długo będziemy musieli leczyć. Dzisiaj jednak stawiam sobie przed oczami tych dobrych ludzi i o nich chcę pamiętać.

Jestem super, to swiat musi sie zmienic

Po ukończeniu przez córkę pierwszej klasy, postanowiłam przepisać ją do innej szkoły podstawowej. W tej pierwszej została dość mocno napiętnowana przez wychowawczynię i pedagoga, a ja razem z nią - jako ta, która nie potrafi poradzić sobie z "uspokojeniem" dziecka. Na tamtym etapie wierzyłam jeszcze, że po swoich traumatycznych przejściach, Dominika potrzebuje po prostu więcej czasu, by dojść do siebie i zacząć przyswajać normy społeczne. Sadziłam, iż zmiana otoczenia na nieco bardziej empatyczne i pozytywnie nastawione do dziecka, z całą pewnością pomoże jej w odzyskaniu psychicznej równowagi. Dodatkowo zapisałam ją też na zajęcia taneczne prowadzone na terenie szkoły, więc udało się w sposób wartościowy zorganizować także czas wolny.

Córka, co prawda, nadal kłóciła się z koleżankami, ale trafiłyśmy na świetną wychowawczynię, która nie dość że była bardzo opiekuńcza w stosunku do Dominiki, to także mnie ofiarowała wiele wsparcia. Wydawało mi się wtedy, że konflikty między córką a koleżankami są jeszcze w granicach normy, a dziewczynki po prostu rywalizują o siebie nawzajem. Jakże byłam zdziwiona, kiedy poszłam z nią na przygotowania do I Komunii Świętej i zobaczyłam obraz zupełnie inny niż wynikający z relacji Dominiki. Gdziekolwiek usiadła, zaraz podrywało się dziecko siedzące obok i zmieniało miejsce. Córka, niezrażona ewidentnym komunikatem "nie chcę przy tobie siedzieć", wstawała także i znowu siadała obok, po czym cała wędrówka powtarzała się. Byłam mocno zaniepokojona, gdyż wcześniej nie miałam świadomości, że jest aż tak bardzo odrzucona. W drodze powrotnej i wiele razy później, próbowałam uświadomić jej problem, zapytać jak się z tym czuje, podpowiedzieć co mogłaby zrobić, by dzieci przed nią nie uciekały. Dominika nie przyjęła tego do wiadomości. Zaprzeczała usilnie, tłumacząc, że wszyscy ją lubią, tylko ja coś jej wmawiam, gdy nie ustępowałam i nadal tłumaczyłam, że ma problem, reagowała agresją i winą obarczała mnie, zarzucała nadinterpretację i złe intencje.

Nigdy się to nie zmieniło. Nigdy nie dotarły tłumaczenia, ani nasze, ani terapeutów, że ma problem ze sobą, wiele problemów, nad którymi powinna zacząć pracować, bo przecież ma do tego świetne warunki; wspierających rodziców, terapię, psychiatrę, przyjaźnie nastawionych pracowników szkoły, świetlicę socjoterapeutyczną. Dominika zawsze, konsekwentnie powtarzała, że jej nie kochamy i dlatego wmawiamy, że coś z nią nie tak. Do samego końca utrzymywała i nadal utrzymuje, że jest absolutnie zwyczajną dziewczynką, tylko to my jesteśmy dziwnymi rodzicami. Nadal twierdzi, że w ośrodku jest super, choć wiemy już, że wszystkie problemy znane nam z codziennego życia z córką, tam także się powtórzyły.

To dlatego prowadzona od ponad trzech lat terapia rodzinna przyniosła korzyść tylko nam, zaś na córkę praktycznie nie wpłynęła, tzn. nie wywołała zmiany jej zachowania. Żadna terapia nie wywoła pozytywnego skutku, jeśli człowiek najpierw nie uzna, że naprawdę jej potrzebuje.

Niedobra kolezanka

Już na samym początku naszego bycia razem, Dominika wykazywała ogromne trudności w relacjach z rówieśnikami. Panie w szkole obserwowały ją uważnie pod tym kątem i relacjonowały, że gdziekolwiek mała się zjawi, tam od razu wybucha kłótnia między dziećmi. W pierwszej klasie najczęściej Dominika kłóciła sie z dwiema dziewczynkami. Odbywały się rozmowy dzieci z pedagogiem, wzywani byliśmy my, rodzice a mimo to, problem nie ustawał.

Pewnego dnia po powrocie ze szkoły, córka pokazała mi swoją rękę, na której były ślady odbitych paznokci. Poskarżyła się, że Wiktoria ją podrapała. Dziewczynka zarzekała się, że to nieprawda, płakała. Moja cierpliwość wtedy także się wyczerpała, wymagałam od wychowawcy wyciągnięcia konsekwencji, mówiąc, że sprawy zaszły za daleko i nie pozwolę, by moje dziecko, które zaznało przemocy w rodzinie pochodzenia, doświadczało jej nadal ze strony rówieśników. Tata dziewczynki przyjechał z nią wieczorem do naszego mieszkania i w mojej obecności kazał córce przeprosić Dominikę, wychowawczyni obiecała, że jej czujność od tego momentu będzie bardziej wzmożona.

Sprawa być może zostałaby zamknięta, gdyby nie ta druga koleżanka, która zwierzyła się w tajemnicy pani, że widziała jak Dominika sama drapie się w łazience, a potem zwala winę na Wiktorię. Córka zaprzeczała patrząc mi w oczy, agresywnie wręcz zapewniała, że wszystko to kłamstwo, ale wychowawczyni nie dała się już przekonać. Ja także. Córka przyznała się w końcu. Gdy zapytałam dlaczego tak postąpiła, odpowiedziała: "bo ja jej nie lubię".

Wiktorii po prostu nie lubi, a ja nie dałam je spodni. Wystarczy.

Pies w kolczatce

Udało się. Dzierżąc w dłoni prawomocne postanowienie sądu o ustanowieniu mnie rodziną zastępczą dla Dominiki, postanowiłam dopełnić pewne formalności w PCPR w mieście, z którego pochodzi córka. Załatwiłam, co trzeba z panią, która pomogła w przeprowadzeniu tej sprawy i chciałam się pożegnać, gdy kobieta nagle mnie zatrzymała. Wyraziła radość z faktu, iż procedura przebiegła bez zastrzeżeń, życzyła powodzenia i na koniec wypowiedziała zdanie, które pamiętam do dzisiaj: "niech ją pani trzyma krótko jak psa w kolczatce, bo inaczej panią zniszczy". Wyszłam zaskoczona i zbulwersowana zarazem. Zniszczy mnie? Biedna, skrzywdzona a potem porzucona siedmiolatka? Jak można porównać dziecko do psa?

O Dominice wiedziałam, że jest dzieckiem po przemocy, nie widzi na jedno oko i ma kłopoty ze słuchem. Była badana przez panią psycholog, która powiedziała mi, że dziewczynka jest miła, lgnąca, otwarta, ale potrzebuje klarownych zasad wychowawczych i konsekwentnego stawiania granic. Proste? Oczywiście, przecież zostałam przeszkolona przez doświadczonych specjalistów. Żaden z nich nie wspomniał, iż mojej przyszłej córce należy zakupić obrożę z kolczatką. Powiedziano mi o tym dopiero, kiedy formalnie byłam już mamą zastępczą Dominiki.

Dominika miała siedem lat, była dzieckiem z poważnymi dysfunkcjami, co praktycznie dyskwalifikowało ją w oczach 99% kandydatów na rodziców. Wiem, że gdybym nie zdecydowała się nią zaopiekować, miała trafić do ośrodka dla dzieci z niepełnosprawnością intelektualną i chorobami somatycznymi. O rad w Polsce wtedy nikt nie słyszał, pierwsze publikacje pojawiły się dopiero trzy lata później. Współpracowaliśmy wtedy z mężem już z innym ośrodkiem adopcyjnym, którego pracownicy robili wszystko, co w ich mocy, by tę wiedzę szybko upowszechnić i wiem, że robią to nadal. Nie oskarżam i nie mam żalu do nikogo. Tamci ludzie walczyli o to, żeby moja córka nie została z marszu skazana na przegraną, żeby chociaż otrzymała szansę na znalezienie domu. Dzisiaj jestem przekonana, że dyrektor ośrodka - bardzo sympatyczny, dobry człowiek, którego nie przestałam szanować, przewidział, że będę miała z córką bardzo trudne życie. Usprawiedliwiam go jednak całkowicie - walczył o dziecko i dla dziecka.

Na szkoleniu powiedziano mi, że miłość i konsekwencja przezwyciężą wszystkie problemy. To nieprawda. Dobrze by było, żebyśmy dzisiaj wszyscy zrewidowali to przekonanie - dziecko z rad miłością gardzi, a konsekwencję rodziców potrafi umiejętnie obejść.

Buzia umazana lodami

Mniej więcej pół roku temu zaczęliśmy mierzyć się z myślą, że wiele nie osiągnęliśmy na polu kształtowania osobowości córki i najpewniej nie zmieni się to w bliskiej przyszłości. Na tym etapie pojawił się też wtedy jeszcze mglisty pomysł poszukania dla niej ośrodka socjoterapii. Nie było to złożenie broni, raczej stanięcie w prawdzie wobec niezaprzeczalnych faktów, że Dominika nie dała się nam poprowadzić ani ukształtować, nie przejęła naszych poglądów, zwyczajów czy systemu wartości.

Widzieliśmy jak na dłoni, że córka zmierza w złym kierunku; chętnie wchodzi w trudne towarzystwo, jest konfliktowa, nie wkłada wysiłku w naukę, i tę szkolną, i tę naukę życia (pomoc w domu, sprzątanie, rozwiązywanie problemów z rówieśnikami, itp.), nie dostrzega swoich błędów, zrzucając odpowiedzialność na ludzi wokół, najczęściej na nas, nie wyciąga wniosków z zaznanych porażek, wszystko chciałaby od życia po prostu dostać, nie wkładając w to najmniejszego wysiłku, w dodatku staje się coraz bardziej roszczeniowa i uważa, że przywileje i atrakcje po prostu jej się należą bez związku z jej zachowaniem. Jako rodzice stanęliśmy wobec bardzo trudnej perspektywy; nasze dziecko prawdopodobnie zmarnuje sobie życie. Jak może być inaczej, skoro pracował nad nią sztab specjalistów, a ona nikogo nie zamierza słuchać, przekonana, że zawsze i we wszystkim jej punkt widzenia jest decydujący? W tej sytuacji należało rozstrzygnąć jak nie przestać być rodzicami, mając powyższe na uwadze.

Z pomocą przyszło mi pewne wspomnienie. Przypomniałam sobie okres studencki, kiedy jako wolontariuszka pracowałam w różnych domach dziecka, a także wyjeżdżałam na kolonie z takimi dziećmi. Wielokrotnie prezentowały one typowe antyspołeczne zachowania. Z dużą dozą prawdopodobieństwa można było orzec, że dziesięcio czy dwunastolatek powieli błędy środowiska, z którego został odebrany. Jako wychowawcy nie myśleliśmy wtedy o tym co będzie za kilka lat, po prostu organizowaliśmy tym dzieciom wycieczki, zabawy, dbaliśmy, by mieli uśmiechnięte buzie, tym bardziej, że poniekąd sami szykują sobie trudne życie. Wytłumaczyć im nie możemy, ale możemy dać im chwile beztroskiej radości.

Postanowiłam w taki sposób spojrzeć na własną córkę. Nie spalać się już na żadnych oczekiwaniach, nawet tych najmniejszych - że zacznie odrabiać zadania choćby na dopuszczający czy że kiedykolwiek z własnej inicjatywy pościeli łóżko. Z myślą, że kiedyś, w dorosłym życiu pozwolę jej ponieść konsekwencje stawianego nam ciągle oporu, na razie mogę po prostu kupić jej lody czekoladowe i cieszyć się, że przez moment jest szczęśliwa. Byle tylko zaprzestała awantur i prowokowania nas na każdym kroku. Ukrywając łzy, powiedziałam o tym pomyśle na terapii. Mamy bardzo wrażliwych terapeutów, którzy natychmiast mój stan wyłapali. "Dominika, twoja mama mówi, że chce od ciebie minimum minimów, czy możesz zgodzić się chociaż na tyle?" - padło pytanie skierowane do córki. Nie odpowiedziała.

Upomnienie od pani psycholog

Dominika kończyła właśnie czwartą klasę szkoły podstawowej i widać było jak na dłoni, że w niedługim czasie zaczniemy mieć z nią naprawdę poważne problemy. Zostałam poproszona o wypisanie jej z dodatkowych zajęć tanecznych, gdyż wcale nie uczyła się nowych technik, a jedynie przeszkadzała w zajęciach, oceny miała kiepskie i z trudem koncentrowała się na lekcjach, miała też za sobą pierwszą ucieczkę ze szkoły i poszukiwanie przez policję oraz kradzież telefonu komórkowego młodszej koleżanki. Czekaliśmy już wtedy na rozpoczęcie terapii rodzinnej, licząc na pomoc w poprawie relacji między nami a dzieckiem i szukaliśmy sposobu na zmotywowanie jej do samodzielnej nauki. Po wielu rozmowach z pedagogiem szkolnym i kilku spotkaniach z psychologiem z rejonowej poradni psychologiczno-pedagogicznej postanowiliśmy wnioskować o nauczanie indywidualne dla córki, z którego zresztą korzystała przez cały kolejny rok.

Podczas jednego z tych spotkań pani psycholog jakby trochę zmieszana oświadczyła, że niestety musi upomnieć mnie w jednej sprawie.

Tu konieczna jest pewna dygresja. Licząc od tamtego momentu, od pół roku mieszkał już z nami nasz chory synek. Patryczek nie oddycha samodzielnie, pomaga mu w tym rurka tracheostomijna założona w tchawicy. Rurka ta wymagała wówczas częstego udrażniania poprzez odsysanie specjalnym cewnikeim podłączonym do ssaka. By móc właściwie zaopiekować się chłopcem, przed zabraniem synka do domu, musieliśmy zostać przeszkoleni przez anestezjologa i pielęgniarki. Zanim odsysanie stało się dla nas rutyną, przez trzy miesiące ćwiczyliśmy je pod okiem personelu medycznego, odwiedzając Patryka w oddziale szpitalnym.

Wracam do owego upomnienia. Pani psycholog zapytała mianowicie czy uważamy za stosowne obarczanie jedenastoletniej wówczas Dominiki odpowiedzialnością za opiekę nad tak chorym dzieckiem jakim jest jej przybrany braciszek. Kiedy dopytałam o co dokładnie chodzi, usłyszałam, iż córka poskarżyła się tej pani, że w szkole nie potrafi się skoncentrować z powodu ...niewyspania, ponieważ budzi się w nocy i wstaje, by odsysać brata. Rodzice bowiem śpią głęboko i nie słyszą jego płaczu, dlatego to siostra musi interweniować.

Kłamstwo było oczywistością z wielu względów. Po pierwsze - syn z powodu nieruchomości strun głosowych nigdy nie płakał i nadal nie płacze na głos, jego płacz poznajemy wyłącznie po łzach i wyrazie twarzy. Po drugie - śpi podłączony do specjalnego urządzenia - pulsoksymetru z alarmem dźwiękowym, który odzywa się, gdy dziecko wymaga udrożnienia dróg oddechowych, niemożliwe było więc byśmy przespali taki alarm. Po trzecie - Dominika miała absolutny zakaz manipulowania w jakikolwiek sposób przy rurce brata. Po czwarte - spała wtedy w drugim pokoju.

Sytuację z panią psycholog szybko wyjaśniłam. Zastanawiałyśmy się wspólnie dlaczego córka skłamała i wnioski były dość oczywiste; pewnie jest zazdrosna o chorego brata i oczekuje od nas więcej uwagi, być może należy ją włączyć w drobne czynności pielęgnacji Patryka jak podanie pampersa czy wyniesienie brudnej pieluszki, może potrzebuje dowartościowania i chce się poczuć kimś szczególnym.

Dlaczego mnie to wtedy nie zaniepokoiło? Tak łatwo przeszliśmy nad tym do porządku dziennego, nie poświęcając sprawie zbyt wiele czasu i uwagi. A to był już początek. Niespełna jedenastoletnia Dominika zarzuciła nam zaniedbanie młodszego dziecka, dwa lata później oskarżyła męża o to, że ją dusi, jako czternastolatka zarzuciła mi regularne znęcanie; głodzenie, przetrzymywanie w pokoju, zakaz korzystania z łazienki. Czy mogłam jakoś temu zapobiec?

Małe dopowiedzenie. Jest w nas tak wiele żalu do wszystkich, którzy mieli pomóc, a nie pomogli, czasem wręcz zaszkodzili, że nie potrafię i nie chcę się przed nim powstrzymać. Podczas tej rozmowy, nagle zupełnie bez związku ze sprawą, pani psycholog zapytała mnie: "pani jest w ciąży, prawda?" Zdziwiona spojrzałam na ledwie zarysowany brzuch ukryty zresztą pod fałdami letniej sukienki. Nie czekając na moją odpowiedź, kobieta ciągnęła: "nie wiem czy to będzie korzystne dla córki". Jasne, powinnam zapytać. Ponieważ jesteśmy rodzicami adopcyjnymi dziecka z rad, planując powiększenie rodziny, powinniśmy najpierw poprosić o akceptację małą Dominikę, a następnie wysłać podanie z prośbą o rozpatrzenie do wszelkich instytucji, które akurat udają, że wiedzą jak pomóc naszemu niezwykle trudnemu dziecku. Paranoja w ciapki.

A nuż się uda...?

Rozpoczęły się wakacje, nasze drugie wspólne. Córka ukończyła pierwszą klasę, w nagrodę za starania kupiłam jej interaktywnego konika-dzidziusia, którego można było karmić ze specjalnej butelki. Wymyśliłam też, że zaproszę do nas na weekend koleżankę z dwiema siostrzenicami w podobnym wieku, by Dominika mogła spędzić trochę czasu z koleżankami. W planie były atrakcje, spacery, lody, wspólne gotowanie obiadu. Trochę obawiałam się zamieszania wywołanego przez trzy małe dziewczynki na naszym malutkim wtedy metrażu, ale przekonałam siebie samą, iż damy radę i z radością czekałyśmy na gości.

W tym czasie Dominika chętnie spotykała się też z równolatką, koleżanką mieszkającą dwa piętra niżej. Planując zabawy z gośćmi, zapytała mnie czy może zaprosić do domu także Emilkę. Wytłumaczyłam jej, że podczas weekendu nie, ponieważ będzie duże zamieszanie, mało miejsca w mieszkaniu, poza tym powinnyśmy w tych dniach szczególnie skupić się na gościach i mieć dla nich czas. Dodałam też, że pewnie razem z dziewczynkami wyjdą na chwilę na podwórko i tam pobawią się z Emilką. Córka sprawiała wrażenie jakby wytłumaczenie ją przekonało.

Kiedy wychodziłyśmy już, by odebrać znajome z dworca, drzwi sąsiadów otworzyły się i naprzeciw nam wyszła mama Emilki. Dominika uśmiechnięta od ucha do ucha, zapytała mnie głośno najzwyczajniej w świecie: "mamusiu, prawda, że Emilka może dzisiaj do nas przyjść?" Zagryzłam zęby i asertywnie odpowiedziałam, że dzisiaj ani jutro nie może, tłumacząc sąsiadce dlaczego tym razem nie zapraszam jej córki. Nie było łatwo odmawiać, bo mama Emilki była starsza ode mnie o co najmniej dziesięć lat, bo wielokrotnie wymieniałyśmy się opieką nad dziećmi i bardzo mi zależało na tym, by taki układ przetrwał, bo nie czuję się komfortowo oświadczając komuś, że drzwi mojego domu są dla niego zamknięte, choćby tylko na dwa popołudnia. W drodze na dworzec zapytałam córkę dlaczego tak postąpiła. Dominika odpowiedziała po prostu: "bo chciałam". W jej przekonaniu było to zupełnie wystarczające uzasadnienie. I tak zostało do końca; jeśli czegoś chciała, to nie liczyło się nic innego, żadne relacje, osoby czy inne względy. Ważne by osiągnąć cel.

Dominika wiedziała, że nie powinna zadać tego pytania, zrobiła to świadomie, by wpłynąć na mnie za pośrednictwem obcej osoby i uzyskać coś, czego akurat jej odmówiłam. Wielu rodziców biologicznych, którym termin rad jest całkowicie obcy, pewnie powiedziałoby, że nie ma z czego robić wielkiej sprawy, ponieważ każde dziecko czasem testuje swoich opiekunów w nietypowych sytuacjach, aby sprawdzić czy pewne zasady są niezmienne. Kiedy miało miejsce to zdarzenie córka mieszkała ze mną od trzynastu miesięcy. Każdego komu ciśnie się na usta komentarz taki jak powyżej, mam ochotę zapytać czy jest w taki sposób testowany przez swoje dziecko przez 365 dni w roku. Jeśli odpowiedź jest twierdząca, niewątpliwie powinien skontaktować się ze specjalistami od diagnozowania zaburzeń więzi.

Zwrotki - w prasie o rad

Miała wrażenie, że rozregulowane na każdym froncie usiłują się jakoś dostroić, pochłaniając słodycze. W domu, kiedy nie było nic słodkiego, zjadały za jednym posiedzeniem kilogram cukru, słoik miodu, kisiel w proszku. Puste paczki oklejały taśmą, ustawiały na półce, żeby imitowały pełne. Kiedy pytała, czy to one zjadły kupiony ledwie kilka godzin wcześniej miód, szły w zaparte albo zwalały jedno na drugie[...]

[...]rady biologicznych dla rodziców zastępczych okazują się kompletnie nieprzydatne, jakby skrojone pod zupełnie inne dzieci. Ktoś doradzi, żeby za karę zabierali im coś, na czym im zależy – ale bezzwrotnym nie zależy na niczym. Niszczą zabawki, nie umieją zainteresować się filmem w telewizji, skupić na czytaniu bajki. Nieskuteczne okazuje się nawet – zalecane przez biologicznych – odmawianie słodyczy, bo mogą je przecież wyżebrać albo ukraść kolegom. Biologiczni radzą wreszcie, żeby okazywali im emocje, mówili o swoim smutku czy lęku. To akurat emocjonalnie bezzwrotni podłapują w miarę szybko, ale odbierają jako sygnał „jestem słaby, atakuj, niczego nie odmówię”. I wtedy – pozamiatane.

[...]jak mówią zastępczy, kiedy dociera do nich, że już nic nie są w stanie zrobić, przestaje im na kimkolwiek zależeć. Wieloletni trening robi swoje, poza tym bezzwrotni, mistrzowie w manipulacji, już dawno zniszczyli ich przyjaźnie czy opinię wśród sąsiadów.

Koniecznie przeczytaj cały artykuł: www.polityka.pl

Artykuł jest być może jednostronny, ponieważ pokazuje głównie "ciemną" stronę adopcji. Jako podwójni rodzice adopcyjni, nie możemy zgodzić się do końca z postawionymi w nim tezami. Po pierwsze zarzuca się ośrodkom adopcyjnym, że wciskają dzieci rodzicom, bez podania rzetelnej informacji na ich temat, tymczasem aktualnie w wielu ośrodkach o rad mówi się już otwarcie i udostępnia pełną, udokumentowaną historię dziecka. Po drugie zabrakło pokazania pozytywów adopcji. My wiemy już, że może być tragicznie, ale też pięknie. Życie w rodzinie adopcyjnej może stać się przestrzenią wzajemnego stwarzania się i obdarowywania miłością, która nie jest przecież naturalna lecz nadprzyrodzona, a może też stać się źródłem totalnej destrukcji i rodzinnego dramatu. O tej destrukcji autorka pisze bardzo mądrze i prawdziwie, choć niektórym czytelnikom ton wypowiedzi wyda się pewnie wyolbrzymiony. Nie jest ani trochę. Naprawdę czasem bywa aż tak źle.

Święty Mikołaj i renifer

Nie wiem dlaczego myśląc o trudnych chwilach z córką, przypominam sobie akurat tamten wieczór. Czy był trudniejszy od wielu innych? Chyba nie, ale to były nasze pierwsze wspólne Mikołajki i bardzo chciałam, by to wspomnienie mocno zapadło nam w pamięć, zwłaszcza Dominice, która wcześniej nie znała wcale tej tradycji.

Wyszłam z pracy tuż przed godz. 17, szybko odebrałam córkę ze świetlicy i pojechałyśmy do Rynku, gdzie miał być dostępny dla dzieci Mikołaj i prawdziwy renifer. Byłam na nogach od wczesnego rana, zmęczona w dodatku głodna i z rozpoczynającą się infekcją gardła. W perspektywie na wieczór a raczej na noc miałam pomoc Dominice w odrabianiu zadania i stos kartkówek do poprawienia, ale oddaliłam od siebie te myśli, pragnąc skoncentrować się na najbliższych momentach.

Córka była zachwycona reniferem, głaskała go, karmiła. Na kolana Mikołaja wdrapała się bez najmniejszej obawy, przytulała go zupełnie nie zachowując normalnego dystansu. Wykonałam płatne zdjęcie pamiątkowe, takie w sam raz do oprawienia w ramkę i postawienia na biurku. Nasze tygodniowe finanse trochę na tym ucierpiały, gdyż w tamtych latach nie mogłyśmy pozwolić sobie na wiele, jednak doszłam do wniosku, że raz się żyje i trzeba sprawić dziecku tę przyjemność. Problem zaczął się, kiedy trzeba było ustąpić miejsca w saniach kolejnym dzieciom. Wołałam, prosiłam, tłumaczyłam i nic. Dopiero "zwabienie" w celu obejrzenia zdjęcia pomogło, jednak zaraz potem Dominika chciała wracać do sań. Nie było takiej możliwości, kolejka rosła, dzieci przybywało, zresztą czułam się już bardzo zmęczona i uznałam, że czas wracać do domu. Wrzeszczała, płakała, kłóciła się ze mną i tak przez całą drogę Rynkiem, także później, w tramwaju. Ludzie popatrywali na rozzłoszczoną dziewczynkę i zakłopotaną mamę, a ja wewnętrznie cała drżałam ze złości i wstydu. "No oczywiście, strasznie by ci się stało, gdybym tam jeszcze została! Kochana mamusia, zadanie musi ze mną odrobić. Ty nie jesteś dobrą mamą." - usłyszałam słowa zupełnie inne niż w analogicznej sytuacji wypowiedziałaby zdrowa sfrustrowana siedmiolatka.

Mogło być bajkowo i cudownie - rozświetlony Rynek, wirujące w powietrzu drobne płatki śniegu, Święty Mikołaj, zdjęcie z reniferem, mała dziewczynka o zaróżowionych od mrozu policzkach i zmęczona, ale pełna entuzjazmu mama. Nie brzmi zbyt życiowo? Jak najbardziej tak; ludzie wokół nas tak właśnie to przeżywali, w radości. Zgubiłam tamto zdjęcie, pewnie zawieruszyło się gdzieś podczas przeprowadzek.

Wplyw dziecka z RAD na rodzine

Nie pozostawiaj dziecka z RADem pod opieką dorosłych, którzy pozwalają dziecku manipulować sobą. Żadne dziecko nie ufa i nie respektuje ludzi, którzy są słabsi od niego, włączając w to dziadków, opiekunów, nauczycieli itp. Łagodny opiekun wzmocni w dziecku wiarę, że dorosłym nie można ufać i że musi polegać tylko na sobie, aby przetrwać.

Ciąg dalszy...

Co nie dziala w pracy z dziecmi z RAD?

Nie warto przejmować się problemami dziecka bardziej niż ono samo to robi. Dzieci z RAD są zazwyczaj całkiem zadowolone, pozwalając rodzicom na ciągłe zamartwianie się, podczas gdy same kontynuują swe zachowanie. W waszych relacjach nie nastąpi żadna zmiana, jeśli rodzice będą bardziej zakłopotani zachowaniem dziecka niż ono samo. Rodzice nie mogą uczynić swoich dziećmi lepszymi. Rodzice nie mogą zmusić dziecka do wdrapywania się na kolejne stopnie dojrzałości. Rodzice nie mogą uczynić swoich dzieci ludźmi sukcesu. Uświadomienie sobie i dziecku, że ma ono wolność i możliwości do uczynienia koszmaru ze swego życia sprawia, że szanse na tak niekorzystny obrót maleją.

Ciąg dalszy...

Slodycze

w zaskakujących ilościach...

Cukier sprawia, że organizm łatwiej produkuje adrenalinę. Dziecko chore na FAS lub RAD podświadomie wie, że jego gorzej rozwinięty mózg potrzebuje silniejszej stymulacji, by działał prawidłowo. Adrenalina natomiast powoduje, że impulsy między komórkami nerwowymi w mózgu są szybciej przekazywane, czyli bodźce są silniejsze. To dlatego dzieci z RAD lub FAS potrafią w zaskakujących ilościach pochłaniać słodycze, by tym samym dzięki adrenalinie usprawnić pracę mózgu. Niestety „efekty uboczne” działania adrenaliny są trudne do zniesienia przez rodziców. Nadpobudliwość, agresja, zniecierpliwienie, rozdrażnienie... Zresztą co tu będę pisał, każdy dobrze wie, jak się czuje, gdy jest zdenerwowany. Adrenalina – hormon stresu – przygotowuje nas do walki, bądź ucieczki.

Fragment pochodzi ze strony: prozdrowie.pl

Tagi :

Moja J. - relacje rodzicow

Moja córka przejrzała nasze metody postępowania i kiedy nie chce czegoś zrobić, to wie jak wyprowadzić nas z równowagi i jaka będzie reakcja. Schemat ten sam. Córka jest górą. Konsekwencje są znane np. nie może oglądać telewizji, czy zabieramy jedną lub kilka zabawek. Wie, że za dzień lub dwa kiedy się uspokoi będzie mogła oglądać TV, zabawki wrócą na miejsce. To żadna kara. J. też bardzo często powtarza "nie wiem", ale wtedy ja jestem pewna, że kłamie.

Ciąg dalszy...

RAD okiem pedagoga

z wystąpienia Danuty Płatek - Flasz

Ze względu na brak emocjonalnej odpowiedzi trudno jest stworzyć z dzieckiem jakąkolwiek więź, która byłaby podatna na zmiany. Z kolei osoby próbujące nawiązać z nim bliższy kontakt, oparty na zdrowych zasadach (czyli taki, w którym odczuwa się i reaguje szczerze na nieadekwatność różnych zachowań dziecka), są przez nie odrzucane.

Ciąg dalszy...

Problemy dzieci z RAD

Spójne myślenie - mają tendencję do patrzenia na uczucia i zachowania jako coś, co się po prostu dzieje, nie wpływając przy tym na nic lub na kogoś innego. Niezbędne jest zatem ciągłe uświadamianie ich, że ich zachowanie czy uczucie połączone jest z przodu z przyczyną, w środku z wyborem, na końcu zaś z konsekwencjami.

Wybór - muszą najpierw zrozumieć skutek między zdarzeniami, zanim zaczną pojmować, jaki skutek mogą mieć podejmowane przez nie decyzje. By do tego dojść, konieczne będzie ciągłe uświadamianie im wszelkiego rodzaju zależności: między przyczyną a uczuciami, między uczuciami a zachowaniem, między zachowanie a rezultatami.

Zachowanie - dzieci z RAD mają tendencję do dostrzegania tylko tych rezultatów ich działań, które są korzystne z ich punktu widzenia. Co za tym idzie, rzadko potrafią pojąć, jaki jest realny koszt własnego zachowania. Powinniście zatem wyraźnie podkreślać ten koszt ucząc ich tym samym, że nic nie przychodzi za darmo i że wszystko powoduje jakieś konsekwencje, czasem nawet kosztowne. Dobre rezultaty przynosi prezentowanie możliwych konsekwencji ich realnych zachowań – np. gdy Wasze dziecko kłamie powiedzcie mu, że traci swoją wiarygodność i szkodzi samo sobie. Kiedyś będzie bowiem chciało, byście mu uwierzyli, a Wy po prostu nie będziecie w stanie.

Czas - dzieciom z zespołem zaburzeń więzi zdarza się, że przenoszą zdarzenia z przeszłości do teraźniejszości, wierząc, że naprawdę mają one teraz miejsce.

Źródło: rodzinawpotrzebie.org

Objawy RAD - inaczej

  • są pełne złości, buntownicze i mogą być brutalne
  • odpychają uczucia aby utrzymać kontrolę
  • są destrukcyjne w stosunku do przedmiotów
  • są ekstremalnie trudnymi dziećmi dla swoich rodziców, ponieważ sabotują i niszczą prawie wszystkie pozytywne rzeczy jakie się im zdarzają
  • kiedy czegoś chcą, zachowują się bardzo czule
  • zdarza się im posiadać kilku przyjaciół, chociaż dyrygują nimi mówiąc co powinny zrobić, analizują posiadane znajomości i utrzymują przyjaźń na krótko
  • brakuje im chęci do dawania i otrzymywania miłości
  • brakuje im empatii dla innych
  • często są okrutne dla zwierząt i innych dzieci
  • mają tendencję do bycia zbyt przylepnym
  • bezustannie gadają w celu kontroli rozmowy
  • pojawia się nadgorliwa uczynność i powierzchowna uczynność
  • często są agresywne w pasywny sposób, ciągle popełniając drobne wykroczenia, jednak nigdy nie robią niczego naprawdę złego, nadszarpując rodzicielską cierpliwość i kontrolę
  • wierzą że są w stanie same się zatroszczyć o swoje potrzeby i nie potrzebują innych ludzi, w szczególności własnych matek
  • są marudne i często w opozycji, ale najczęściej jest to pasywna agresja
  • mogą mieć nietypowe psychozy, rozdwojoną osobowość i inne schorzenia neurologiczne
  • ich historia rodzinna często zawiera schorzenia psychiczne
  • są nadmiernie podekscytowane
  • wściekłość
  • bezustanna histeria
  • brak sumienia
  • brak kontaktu wzrokowego za wyjątkiem kłamstw
  • nie inicjują i nie chcą otrzymywać dowodów przywiązania (przytulanie, całowanie)
  • nie kontrolują impulsów
  • nietypowe zaburzenia odżywiania (obżarstwo, chowanie jedzenia itp.)

Źródło: adoptuj.blox.pl

Tagi :

Objawy RAD

u dzieci

  • brak rozwoju świadomości, niewyrażanie skruchy, słabo rozwinięta empatia
  • kłopoty ze zrozumieniem przyczyny i jej rezultatu
  • manipulowanie otoczeniem: powierzchowna grzeczność, pozorowane zaangażowanie
  • brak kontaktu wzrokowego, zwłaszcza z rodzicami (poza przypadkami kłamstwa)
  • trudności z akceptacją uczuć okazywanych przez opiekunów
  • nieumiejętność dawania i okazywania uczucia
  • wyjątkowa chęć kontrolowania swoich spraw (pogłębiająca się wraz z wiekiem), kłótliwość, nieustępliwość
  • destrukcyjne nastawienie wobec siebie, innych ludzi, zwierząt oraz rzeczy
  • brak kontroli nad własnym zachowaniem
  • często popadający w złość, często z powodu błahostek
  • nadaktywność, hiperczujność, ale leniwość i powolność w wykonywaniu powierzonych zadań
  • kłamanie w kwestiach oczywistych
  • nietypowe zachowanie przy jedzeniu (m.in. gromadzenie żywności)
  • nieudane relacje z rówieśnikami
  • trudny rozmówca, nieustannie mówiący, przerywający, chcący kontrolować przebieg dyskusji, zadający wiele pytań, często bezsensownych
  • przejmowanie się drobnymi skaleczeniami
  • podkradanie rzeczy, które można by mieć po zapytaniu lub poproszeniu

Źródło: rodzinawpotrzebie.org

Tagi :

Matka adopcyjna o RAD - relacje rodziców

Jak żyć z dzieckiem z RAD?

Zabierając Karolinę przeżyłam szok. Mama zastępcza nie mogła powstrzymać się od łez, a Karolina powiedziała "pa pa" odwróciła się i wyszła. Pomyślałam - czego mogę spodziewać się po 2 i pół latku. Ona nic nie rozumie. Dopiero wieczorem, jak będzie chciała wracać do domu, do swojej mamy - tak nazywała tę panią do swojego łóżka, zacznie się rozpacz, płacz, problem z zaśnięciem. Będę więc ją tuliła, coś opowiadała, koiła ból. Nic podobnego się nie zdarzyło. Po prostu - poszła spać do wskazanego łóżka. Byłam przerażona. Gdzie to dziecko ma uczucia, emocje. Może jest w szoku i na okazanie ich przyjdzie czas później? Nie przyszedł.

Ciąg dalszy...