<< Poprzedni | Strona tytułowa

Nastolatka z RAD

Gdyby spróbować zobrazować stan w jakim moja córka funkcjonuje porównać można by go do „rozbitego lustra”. Na obecnym etapie rozwoju Darka nie jest jeszcze gotowa skonfrontować się z jakąkolwiek próbą scalenia tych kawałków. Wnioskuję też, że może nigdy nie udać jej się ich scalić. Próby połączenia pewnych fragmentów życia, wielu silniejszym osobom, o przeszłości dużo powszedniejszej, nie udają się. Gdy Daria była niemowlęciem, gdy była całkowicie zależna od dorosłego, nie wypełnił on elementarnej potrzeby, której zaspokojenie umożliwia dzieciom prawidłowy rozwój. Rodzic zawiódł i opuścił. Tak jak niektórzy przeżyli traumatyzujące wydarzenia w przeszłości, Daria też przeżyła. Podobno w trakcie pierwszej sesji terapeutycznej wymknęły jej się słowa, jakby mimochodem „jakoś przetrwałam”. Po chwili już ich nie pamiętała. Jej umysł nie może pamiętać. W ten sposób radzi sobie z traumą i koszmarami przeszłości.

Ciąg dalszy...

Poczatek i sens drogi

Sens

Byłam już zaręczona, gdy wstępnie dowiedziałam się, że w nowym roku szkolnym najprawdopodobniej nie wrócę do szkoły. Złościłam się na protekcję, próbowałam interweniować w kuratorium oświaty, ale okazało się, że tam również dyrektor ma znajomości, które pozwolą mu działać wedle własnego systemu wartości. Nie musiałam już obawiać się o byt, przyszły mąż miał dobry fach i jasne było, iż nie zginiemy z Dominiką z głodu, nawet gdybym pracy nie znalazła. Próbowałam jakoś szukać sensu w tym zrządzeniu losu i niczego wówczas nie rozumiałam. Bycie z dziećmi było dla mnie nie tylko zajęciem zarobkowym, ale częścią życia. Czułam, że dopiero rozwijam skrzydła, że ledwie zaczęłam działać. Nie wiem dzisiaj czy było to właściwe posunięcie, ale powiedziałam moim nastoletnim uczniom, iż moje miejsce zajmie znajoma pana dyrektora. Postanowili iść do niego z żądaniem zmiany decyzji, ale zabroniłam - nie chciałam nimi rozgrywać tej sprawy. Poprosiłam też, by współpracowali z osobą, która mnie zastąpi, bo mimo wszystko może okazać się dobrym i mądrym człowiekiem. Na mszy św. kończącej rok szkolny łykałam łzy, dziękując i składając w ofierze Panu to co dał mi przez te lata, a później odebrał, nie tłumacząc powodu. Podczas wakacji przygotowywałam ślub i szukałam odpowiedzi na pytanie dlaczego dzieło czasem zostaje zamknięte w momencie największego rozkwitu.

Św. Bernadetta Soubirous, po zakończeniu objawień, wyznała, że Maryja posłużyła się nią wtedy, kiedy chciała, a później odstawiła do kąta jak nikomu niepotrzebną miotłę. Nie mówiła tego z wyrzutem, ona pragnęła być taką miotłą Maryi. Było jej dobrze, gdy trwała w mistycznych rozkoszach i wtedy, kiedy świat o niej zapomniał. Wiedziała, że początek i koniec misji wyznacza Pan. Gdy w szkołach rozpoczynał się ruch służbowy i kiedy zostałam wezwana na dywanik dyrektora, który z "ogromną przykrością" oświadczył mi swoją wolę, w jednym ze szpitali na świat przyszedł mały chłopczyk. Miał problemy z oddychaniem i połykaniem, lekarze walczyli o jego życie, wykonując szereg bolesnych i traumatycznych dla takiego maleństwa zabiegów. Do przerażenia Patryka światem i własną niemocą dołączył potworny ból fizyczny i nieobecność mamy, która nie udźwignęła jego choroby. Po kolejnych operacjach, samotnie leżał w łóżeczku, nie upominał się o nic, nie płakał, cierpliwie czekał aż któraś z pielęgniarek podejdzie do niego z własnej inicjatywy. Myślę, że te właśnie wczesne doświadczenia cierpienia w samotności zaowocowały autyzmem.

Dzisiaj wiem, że Pan Bóg się spieszył. Wraz z mężem przed ołtarzem stanęliśmy osiem miesięcy od czasu zawarcia znajomości, a w pięć dni po ślubie, w luźnej rozmowie z pracownikami zaprzyjaźnionego ośrodka adopcyjnego dowiedzieliśmy się o istnieniu Patryka. To była końcówka naszego miodowego tygodnia. Najpierw baliśmy się; ja, że nie zapewnię mu wystarczającej opieki medycznej i bezpieczeństwa, mąż o to jak będzie wyglądała nasza przyszłość z tak chorym dzieckiem, w końcu jednak strach ustąpił miejsca pewności i nadziei. Maluszek został naszym dzieckiem.

Nie próbuję wyjaśniać tej miłości. Wiem tylko, że jest tak wielka, iż czasem zapiera mi dech w piersiach. Kiedy Patryk był w śpiączce, powiedziałam do mamy: "on przebił Andzię" - dziewczynkę, o którą walczyłam w sądzie w okresie studenckim. Kiedy patrzę w czarne, przyozdobione motylimi rzęsami oczy syna, oprócz lęku o jego zdrowie i dalszy rozwój, paradoksalnie doświadczam poczucia egzystencjalnego spokoju. Wypływa on ze pewności, że osiągnęłam i wykonuję to, do czego zostałam stworzona i powołana.

Poczatek i sens drogi

Poczatek

To musiała być wczesna wiosna, może końcówka zimy. O adopcji myślałam od jakichś dwóch lat, na początku to była luźna fantazja, potem pomysł, by kiedyś w przyszłości stworzyć rodzinę, w której oprócz dzieci biologicznych, znajdzie się miejsce dla porzuconych przez kogoś innego. Przez te dwa lata mglista wizja owego "kiedyś" urosła w moich myślach do takich rozmiarów, że nie próbowałam już walczyć z tym pragnieniem. Tamtego dnia wkroczyłam do ośrodka adopcyjnego pewnym krokiem i oświadczyłam dyżurującej osobie, że niedługo skończę osiemnaście lat, ale szkoda marnować czas, więc moglibyśmy zacząć procedurę nieco wcześniej - od razu. Pani zachowała kamienną twarz i okazała mi wiele zrozumienia; wytłumaczyła, że dla sądu to nie jest klarowna sytuacja, nawet jeśli mam własne mieszkanie, że powinnam pomyśleć o studiach i w tym czasie zawrzeć dobre przyjaźnie, wytańczyć się na dyskotekach, zwiedzić Europę i wrócić do niej za kilka lat; wtedy zastanowimy się czy mają pod swoją opieką dziecko czekające właśnie na mnie. Dzisiaj uśmiecham się do tamtego wspomnienia, ale wtedy byłam najzwyczajniej w świecie rozzłoszczona, iż potraktowano mnie jak małolatę i nie uwierzono, że ja naprawdę mówię poważnie i nie zmieni tego ani klub w piwnicach rynku, ani kufel piwa z sokiem imbirowym, ani choćby sama Wenecja.

Nie posłuchałam rady. Obeszłam wszystkie ośrodki adopcyjne w moim mieście, a gdy wszędzie słyszałam to samo, ruszyłam na pcpry i oddziały ośrodka pomocy społecznej. Zostałam też wolontariuszką. W ciągu pięciu lat studiów odwiedziłam większość miejscowych domów dziecka, wyjeżdżałam też z dziećmi na wakacje i ferie zimowe. W takich okolicznościach po raz pierwszy usłyszałam słowo "mamo" - od dziewczynki, którą bardzo pokochałam i o którą bez skutku walczyłam w sądzie w sumie przez cztery lata. W moim mieście mnie nie chcieli - pojechałam na szkolenie do ośrodka adopcyjnego oddalonego o 100 km., a ściślej mówiąc, dojeżdżałam tam co dwa tygodnie pociągiem zaraz po zajęciach na uczelni. Kiedy po tej podróży z powrotem wysiadłam na dworcu, była już północ. Na szczęście podwoził mnie do domu samochodem kolega, wiele nie rozmawialiśmy, bo ze zmęczenia usypiałam na przednim siedzeniu samochodu.

Budynek sądu stał się dla mnie stałym miejscem odwiedzin. Początkowo czułam ścisk żołądka, poddając się kontroli przy wejściu, potem to już była rutyna; szybki rzut torebki na taśmę, bramka, dziennik podawczy, któryś z sekretariatów. Nauczyłam się na pamięć procedur, akta wertowałam niczym rasowy znawca tematu, oblegałam kuratorów oraz dyżury sędziów przewodniczących. Jednego wspominam szczególnie ciepło; młody jak na swoje stanowisko mężczyzna, zawsze miał czas, zawsze uważnie słuchał, zawsze traktował poważnie młodziutką studentkę zakochaną w obcym dziecku. Musiałam wyróżniać się spośród odwiedzających go petentów, bo kilka lat później od razu rozpoznał mnie podczas przypadkowego spotkania w markecie budowlanym.

Udając się do sądu niedawno, zastanawiałam się jakie uczucie będzie mi towarzyszyć podczas przechodzenia przez słynne bramki. Byłam spokojna. Wiedziałam co robić, dokąd iść, zastanawiałam się tylko czy ten konkretny wydział zastanę na piętrze, na którym mieścił się wtedy. Czy ponad dziesięć lat temu byłabym w stanie wyobrazić sobie powód, który ponownie mnie do sądu przyprowadzi?

By dostać się w odpowiednie miejsce, trzeba dojechać tam windą. Winda jest o tyle specyficzna, że na zawieszone wewnątrz niej lustro pada bardzo jasne światło dzienne. Byłam na trzecim roku polonistyki i na pierwszym psychologii, gdy przemieszczając się nią w sprawie mojej maleńkiej, po raz pierwszy zobaczyłam zarys zmarszczek mimicznych wokół oczu. Nie tyle przestraszyłam się wtedy, co zdziwiłam, że tak szybko się pokazały. Wstrętna winda. Tym razem, po ułamku sekundy odwróciłam wzrok od lustra, a kilka dni później kupiłam dobry krem. Stanowczo za wcześnie. Trochę mi jednak wstyd z powodu tego zakupu. Moje młode, zmęczone oczy są zapisem historii życia. Tej najwcześniejszej i tej już z Dominiką. Przyjmowałam wówczas wszystko, co przyniesie decyzja o zaopiekowaniu się nią z wiarą, że to ma sens, że ma sens każde poświęcenie dla dobra sprawy, potem tak samo myślałam, zabierając pod swój dach Patryka. Patrząc na stojący na toaletce kremik w pudełku ze złotym wieczkiem, widzę, że nie umiem przyjąć tego do końca, że kiedy namacalnie zaczyna mnie to kosztować, kiedy płacę własną twarzą, nagle okazuje się, że cenniejsze od sensu jest podobieństwo (lub jego brak) do jakiejś podrasowanej modelki z bilbordów. Nie chcę wpadać w niezdrowe skrajności ani rozpoczynać kampanii przeciwko przemysłowi kosmetycznemu, na pewno nie. Chciałabym tylko umieć oddawać także wtedy, gdy boli, a efektów nie widać. Na tym chyba między innymi polega konsekwencja i dojrzałość. Wierzę, że wciąż do tego dorastam.

Odrobina dobra

Dominika z kieszonkowego, które dostaje w domu dziecka kupiła chłopcom książeczki i inne drobiazgi. W ten sposób dała wyraz temu, że o nich pamięta, że ich kocha, że potrafi myśleć nie tylko o sobie, że umie zrezygnować z jakichś swoich potrzeb, by coś komuś ofiarować, wreszcie, że dawanie przynosi jej radość.

Uśmiecham się na to wspomnienie i na widok książeczek. Na pewno będę chciała zachować je jako szczególną pamiątkę. Nie chodzi o to, iż pozytywne gesty są u niej całkowitą rzadkością, nie. Jeśli chodzi o odruchy dobrej woli, Dominika ma ich sporo, problem polega raczej na tym, że brakuje jej konsekwencji i zapału, by jakieś rozpoczęte dobro kontynuować, gdy pojawiają się trudności. Ogromnym problemem stanowi u niej także niechęć do jakichkolwiek, nawet najmniejszych wyrzeczeń na rzecz drugiego człowieka.

Te książeczki są wyrazem wyrzeczenia i to bardzo wymiernego. Jeśli to miałby być jedyny owoc mojego ośmioletniego trudu w wychowywaniu jej, to było warto. Panie Boże, rozpal tę iskierkę dobra. Może jeszcze jest nadzieja. Proszę Cię o cud.

Byc rodzicem, czyli kilka slow o milosci

Dominika, mimo ukończonych czternastu lat, nie potrafi przewidywać konsekwencji swoich decyzji, brakuje jej też głębszej autorefleksji. Dzisiaj wie już, że dom dziecka nie jest rajem na ziemi, gdzie bez ograniczeń ogląda się telewizję, je, surfuje w internecie, gdzie nie trzeba składać własnych ubrań ani ścielić łóżka, a nauka idzie w całkowite zapomnienie. Kiedy uświadamiam jej, że wybierając pobyt w placówce (jako odwet za moją odmowę natychmiastowego zakupu nowych spodni), zadziałała na własną szkodę, odpowiada tylko: "myślałam, że tam będzie fajnie". Gdyby rzeczywiście było fajnie, z pewnością by tej decyzji nie żałowała.

Z góry przewidzieliśmy, że skoro córka dotychczas w każdym środowisku miała problemy adaptacyjne, to i w tym miejscu one się pojawią. Nie sądziliśmy jednak, że wystąpią na taką skalę i tak bardzo dadzą się jej we znaki. Dziewczynki w takiej placówce nie są ani trochę grzeczne, w dodatku wyczuwają podwójną inność Dominiki; po pierwsze wynikającą z jej zaburzeń, po drugie będącą konsekwencją podejmowanych przez nas wciąż na nowo prób troskliwego i mądrego wychowania, co zaowocowało tym, że mimo wszystko, nie jest ona jednak zdemoralizowana. Był taki okres, kiedy niemal codziennie wysłuchiwałam wyznań telefonicznych zapłakanej córki.

Po pierwszym tego typu telefonie, przerażona przekazałam mężowi to co przed chwilą sama usłyszałam w słuchawce - informację o szarpaniu Dominiki za włosy, straszeniu z nożem w ręku. Zobaczyłam na jego twarzy autentyczne zatroskanie i w sekundzie całą sobą poczułam jak bardzo kocham go za to spojrzenie, w którym wciąż widać miłość do siejącej zniszczenie dziewczynki. Usiadłam na kanapie obok i wspólnie od nowa przeżywaliśmy ostatnie wydarzenia, ubolewając nad tym jak wielką Dominika wyrządziła sobie krzywdę, na własne życzenie odchodząc z domu. Postanowiliśmy też za wszelką cenę walczyć o dobre docelowe miejsce dla niej - takie, w którym otrzyma kolejną szansę na wyjście ze swoich problemów.

Dziękuję Panu Bogu, Temu od Którego pochodzi wszelkie dobro w nas, za ten moment i wszystkie inne, być może nieliczne, w których uświadamiamy sobie, że jednak na dnie serca wciąż tli się miłość do niej. Oczernieni przez córkę, zmęczeni podejrzliwymi, a przynajmniej zaciekawionymi spojrzeniami bliższych i dalszych sąsiadów, zmuszeni do udowadniania swojej niewinności instytucjom, które w tym momencie mają prawa tego od nas wymagać, zeznający na policji w sprawie o znęcanie, wciąż mamy w sobie dość uczuć, by przejąć się jej krzywdą i płaczem. To jest miłość. Być może nie taka, jaką żywi większość rodziców wobec swoich dzieci - emocjonalna, przejawiająca się w sposób naturalny w gestach i słowach, ale miłość intencji, ta, która jest troską i pragnieniem dobra drugiego człowieka.

Niektórzy uważają, że powinno to być oczywiste jak oddychanie, spotkaliśmy na naszej drodze osoby, które wręcz wymagały tego od nas. Wydaje się im naturalne, że w tak trudnej sytuacji będziemy zawsze pozytywnie na córkę reagować. Jeśli ktoś ma wobec nas takie oczekiwania, to znaczy, że ani trochę nie rozumie istoty rodzicielstwa adopcyjnego, zwłaszcza tego, które rozpoczęło się, gdy pociecha w chwili spotkania była kilkuletnim młodym człowiekiem. To znaczy, że wywierając emocjonalny nacisk, każe nam niejako tym bardziej udowadniać, iż jesteśmy "prawdziwymi" rodzicami, zawsze przyjmiemy nasze adoptowane dziecko z bogactwem inwentarza i w dodatku z szerokim uśmiechem na twarzy. Nie mam potrzeby udowadniania sobie niczego. Nie ma we mnie ani krzty pragnienia, by przekonać kogokolwiek czy choćby siebie samą, że kocham Dominikę tak jak kochałabym urodzoną przez siebie i od początku wychowaną wspólnie z mężem małą dziewczynkę. Nie ma we mnie presji, by zaprzeczyć naturze i wykonywać sztuczne gesty, po to by budować fałszywy obraz adopcji. Wiem ile razem zrobiliśmy dla Dominiki i wiem ile planujemy zrobić w przyszłości. Wiem, że niezależnie od uczuć szalejących aktualnie "na powierzchni", przez resztę życia będę nosić ją w moich myślach i szukać jej dobra.

To nie jest ani odrobinę oczywiste. To jest ogromnie dużo i zamierzam być dumna z tego, że to w sobie ocaliłam.

Wychowanie i kontrola

Obrazek czwarty

Wyobrażam sobie, że kiedy biologiczne dziecko wchodzi w okres dojrzewania, rodzice muszą być zaniepokojeni. Nagle ich syn lub córka ma własnymi metodami zweryfikować wartość wszystkiego, czego dotąd zdołali ją/jego nauczyć. Nie jest tajemnicą, że w tym czasie nawet mądre, dobrze wychowywane dzieciaki pozwalają sobie na bardzo nieodpowiedzialne zachowania. Nie jest też tajemnicą, iż często stają w opozycji wobec tych, których kochają najbardziej - rodziców. Pociechą dla biologicznych może być fakt, że przekazany przez nich świat wartości zdążył się w dzieciach uwewnętrznić i nawet jeśli zechcą go doświadczalnie zweryfikować, to z całą pewnością posiadają bazę, punkt odniesienia, do którego, po przeprowadzeniu eksperymentów życiowych, będzie można spokojnie i bezpiecznie powrócić.

Kiedy słyszę od dobrze nam życzących ludzi, że szaleństwa córki trzeba po prostu przeczekać, bo jest teraz w głupim wieku i na pewno za jakiś czas jej to minie, nie podejmuję dłuższej dyskusji. Owszem, Dominika weszła w okres dorastania i problemy, które wniosła ze sobą do naszej rodziny musiały się nasilić - tu się zgadzam. Nie stać mnie jednak na optymizm, wedle którego miałabym pokładać nadzieję na zmianę w samym tylko upływie czasu. Ona nie ma tej właśnie bazy, nie zbudowała z nami podstaw, które byłyby punktem wyjścia dla dalszych poszukiwań siebie samej. Nasza córka nie uwewnętrzniła tego, co staraliśmy się jej przekazać.

Co zatem można zrobić, jeśli dziecko, które nie wykształciło emocjonalnych ani moralnych instynktów obronnych, które nawet nie nauczyło się panować nad własnymi, zgubnymi impulsami, które jest w stanie zdobyć się na względne posłuszeństwo tylko wówczas, gdy nie spuszcza się go z pola widzenia, zaczyna domagać się coraz większej wolności? Rodzicom pozostaje jedynie przewidzieć czyhające na nie zagrożenia, także te, jakie samo sobie stwarza i zapobiegać im. Siłą rzeczy, temu dziecku nie można dać takiej swobody, z jakiej korzystają zwykle jego rówieśnicy.

Czy mogę zgodzić się na wyjście ze znajomymi na spacer nad staw? Wcale nie mam przekonania, że Dominika nie zechce się w nim nagle wykąpać, aby zaimponować kolegom, choć ani trochę nie umie pływać (kiedyś zgłosiła się mimo to na zawody pływackie i gdybym jej tego wprost nie zakazała, z pewnością wzięłaby w nich udział i być może naraziła nawet swoje życie). Musiałabym chyba im towarzyszyć, a kto zaprosi na spacer nieco dziwną koleżankę, która w dodatku zabiera ze sobą mamę? Czy mogę zezwolić na wyjazd z koleżanką do centrum handlowego, wiedząc, że nawet pod naszą opieką zdarzało się jej otworzyć w sklepie paczkę słodyczy, zjeść i zostawić puste pudełko? Jakim sposobem miałabym nie drżeć ze strachu, zezwalając Dominice na odwiedziny u koleżanki, wiedząc, że w domu nie ma rodziców, a ją bardziej niż owa koleżanka interesuje jej wątpliwej reputacji wujek, w dodatku okazujący córce swoje względy? Jak mam zgodzić się na posiadanie telefonu komórkowego, skoro dziesiąta próba pozwolenia na jego korzystanie kończy się ponownymi uwagami nauczycieli z powodu używania go na lekcji albo pretensjami rodziców, iż za pośrednictwem aparatu nęka nocami ich syna? Jak nie kontrolować korzystania z Facebooka, jeśli zaczepia tam obcych, dorosłych mężczyzn? Jak dać nieograniczony dostęp do lodówki, skoro jedzenie bez kontroli regularnie kończy się obstrukcją?

Denerwują mnie wszyscy, którzy uważają, że my tak lubimy. Trzeba by chyba być nienormalnym sadystą, by odczuwać zadowolenia z potrzeby ciągłego kontrolowania dużej dziewczyny. Trzeba by nie mieć własnego życia i innych zajęć, aby chcieć na okrągło domyślać się co też ona wkrótce zmaluje i jak temu zapobiec. To nie jest ani odrobinę przyjemne, przeciwnie - potwornie przykre i frustrujące. Gdyby nie to, że tak bardzo o nią dbaliśmy, że odcięliśmy jej pewne możliwości zaszkodzenia sobie samej, Dominika z pewnością miałaby konflikt z prawem. Jeśli dzisiaj go nie ma, to tylko dlatego że niejako "podłożyliśmy się" pod nią. Innymi słowy, dlatego że my chodzimy po komisariatach tłumaczyć się z rzekomego "znęcania", ona nie musi odpowiadać za demoralizację.

Czasem myślę z goryczą, że można było inaczej. Można było pozwolić na jeden czy drugi wypad do galerii handlowej, na swobodne kontakty z koleżankami z marginesu, które najchętniej wybierała, można było dać pieniądze, by wydała je na alkohol, a prędzej czy później także narkotyki. Ona i tak skończyłaby w tym samym miejscu, w którym jest teraz, a my mielibyśmy znacznie mniej problemów. Traktowano by nas pewnie jak nieudolnych, ale przynajmniej nie jak bandytów.

Wychowanie i kontrola

Obrazek trzeci

Byłyśmy na placu zabaw, mniej więcej rok od czasu, gdy mała zamieszkała ze mną. To musiała być niedziela lub jakieś święto, bo pamiętam, że miała na sobie ozdobne sandałki i spódniczkę, dlatego zabroniłam jej wchodzenia do piasku. Nie była zadowolona, ale dała się przekonać, że huśtawka jest równie atrakcyjna. Do czasu aż zadzwonił telefon. Aby go odebrać oddaliłam się o kilka kroków. Już prowadząc rozmowę, widziałam jak Dominika wchodzi jednak do piaskownicy, choć przecież musiała pamiętać zakaz i wiedzieć, że nie przestałam jej obserwować. Zaniepokoiło i uderzyło mnie wtedy mocno, że wystarczy bym na chwilę odwróciła od niej uwagę i natychmiast postępowała inaczej niż prosiłam. Nie musiałam nawet znikać z jej pola widzenia, wystarczyło tylko na moment stracić czujność, by odczytała to jako zniesienie zakazu.

Kilka lat później, gdy na świecie byli już chłopcy, karmiłam ich zupkami i deserkami dla maluchów, takimi w słoiczkach. Dominika zaczęła je podjadać, a żeby się nasycić, nie wystarczał jej przecież jeden, musiała zjeść ich kilka, nierzadko całą tygodniową "wyprawkę" braci. Wiem, pięciu albo dziesięciu doświadczonych terapeutów włączyłoby się w tym momencie, wskazując na zazdrość o młodsze rodzeństwo, potrzebę większej uwagi ze strony rodziców, wreszcie poradziłoby kupować dwunastoletniej wtedy Dominice "gerberki", traktując to jako korektywne doświadczenie dzieciństwa. Czytałam gdzieś o takim szaleństwie; traktowaniu przez rodziców adopcyjnych dużego dziecka jak niemowlaka, po to, by mogło wrócić do utraconych lat, odbudować właściwe emocje i poczucie bezpieczeństwa. Osobiście uważam to za absurd. Korektywne doświadczenia może dać nowy dom, może je też stworzyć dobrze prowadzona terapia, ale na pewno nie zgoda na infantylizację dziecka, które i tak poznawczo, emocjonalnie i społecznie bardzo dobiega od rówieśników. Szczerze wątpię, że regres może prowadzić do rozwoju, a nawet jeśli czasem tak bywa, to uznanie tego za regułę byłoby kuriozalne.

Z czasem zaczęliśmy szafkę z jedzeniem dzieci zamykać na małą kłódkę, zwłaszcza gdy córka zostawała w domu sama. Kiedyś jednak, w pośpiechu zapomnieliśmy to zrobić i po powrocie stwierdziłam, że zawartość zniknęła. Przywołałam więc ją i zapytałam dlaczego znowu opróżniła zapasy. Najpierw zapierała się, że to nie ona, a gdy już zdołałam ja przekonać, że kłamstwo nie ma sensu w tej sytuacji, odpowiedziała mi najzwyczajniej w świecie: "przecież nie zamknęłaś". Uśmiecham się dzisiaj, tak ironicznie, do tych, którzy nawet w obecnej sytuacji oburzają się jak tak można postępować, jak można w domu zamykać cokolwiek przed dzieckiem, przecież wystarczy wytłumaczyć, że nie zabieramy cudzej własności. Pani z mopsu zapytała mnie kiedyś, serdecznie i bez tonu oskarżenia, dlaczego nie pozwalam, by Dominika sama nalewała sobie picie (faktycznie, musiała zaczekać aż poda je jej któreś z nas). Odpowiedziałam, że wypiłaby cały dzbanek i jeszcze półtoralitrową butelkę, która stoi obok.

Wtedy, po wizycie na placu zabaw, byłam tak bardzo zaniepokojona, że udałam się z tym problemem do pewnej pani terapeutki, która pomagała nam doraźnie w miarę uwidaczniania się różnych trudności. Powiedziałam, że wystarczy bym się odwróciła i ona zawsze złamie zakaz, zawsze zrobi inaczej niż prosiłam. Niepokoiło mnie jak to będzie w przyszłości, bo jako ośmiolatkę mogłam ją jeszcze kontrolować, ale co stanie się gdy dorośnie? Chciałam koniecznie wiedzieć kiedy się to zmieni, kiedy córka uwewnętrzni w sobie normy, których ją uczyłam. "Być może nigdy, są takie dzieci, które nigdy się tego nie nauczą" - usłyszałam wtedy i bardzo mnie to uderzyło, jednak usiłowałam wyprzeć z pamięci to stwierdzenie. Nie udało się to, "być może nigdy" zaczęło wracać do mnie zwłaszcza w ostatnich latach Nie wiem czy się z tym pogodziłam.

Wychowanie i kontrola

Obrazek drugi

Zaraz po studiach zaczęłam pracować w liceum. Byłam młodą nauczycielką, ale nigdy nie pozwoliłam zrobić z siebie koleżanki uczniów. Poświęcałam im dużo czasu, także tego poza godzinami pracy, ale wymagałam konsekwentnie i stawiałam jasne granice, dzięki czemu bardzo szybko stałam się jednym z najbardziej popularnych nauczycieli w szkole. Kiedy po trzech latach pracy wiedziałam już, że odchodzę i zakomunikowałam to dzieciakom, niektóre dziewczynki płakały. Przechowuję też maile od uczniów z tamtego okresu; większość z nich zawiera podziękowania za wspólnie spedzony czas i za to, że przede wszystkim uczyłam ich życia - sami to zauważyli i sami uznali za ważniejsze niż kształtowanie w nich wiedzy humanistycznej. Kiedy wychodziłam za mąż, nie byłam już pracownikiem szkoły, a jednak uczennice zaproponowały pomoc w liturgii, wzięły na siebie czytania, modlitwę wiernych, kilka osób przewinęło się przez moje mieszkanie tuż przed ceremonią, gdyż zaoferowały przystrajanie samochodu. W wielkim kościele dominikanów wypełnili niemal wszystkie ławki.

Dzisiaj też czasem jeszcze ktoś się odezwie; studenci, niektórzy są już absolwentami. Pytają co słychać, dziękują za nasz wspólny czas. Myślę o nich zawsze ciepło i serdecznie, a trzyletni okres pracy w szkole, wspominam jako jeden z najlepszych w moim życiu, bo najbardziej owocnych. A może inaczej; szybko przynoszący owoce. Czasem postępowałam jak ktoś kto zaświeci latarką na ścianie ciemnego pomieszczenia, a następnie szybko ją zgasi, mówiąc: "szukaj". Szukali, większość z nich dała się bardzo łatwo zaprosić do tej przygody. Stałam sobie gdzieś z boku i przyglądałam się jak pod wpływem małych impulsów z mojej strony, od razu kierują się w stronę prawdy, zaczynają poszukiwać Boga i momentalnie pięknieją. To jedno z najpiękniejszych życiowych doświadczeń - móc widzieć jak drugi człowiek dorasta i staje się dojrzalszym sobą.

Oczywiście bazowałam na tym, co w tych młodych ludziach wypracowali w pierwszych latach życia ich rodzice. Wychowywanie córki niestety nigdy nie było fascynujące i nie stanowiło obserwowania naturalnego procesu stawania się. Walka - męczarnia - godzenie się na minimum; tak mogłabym scharakteryzować krótko proces, który rozegrał się we mnie na przestrzeni tych ośmiu lat. Czasem zadaję sobie pytanie gdzie jest jej wewnętrzne piękno. Bo przecież jest, musi być, posiada je każdy człowiek. Czy ktoś kiedyś zdoła je wydobyć? Wierzę, że może się tak stać, jeśli trafi w nowej szkole na odpowiednich ludzi. Szkoda, że nie mogę to być ja. Bardzo chciałam być świadkiem jej dorastania, ale dzisiaj wiem już, że nie tędy droga. Niestety.

Wychowanie i kontrola

Obrazek pierwszy

Kiedy myślę o wychowywaniu dzieci, zwłaszcza nastoletnich, od razu przychodzi mi na myśl moja mama. Jako piętnastolatce malowała mi paznokcie czerwonym lakierem i pozwalała iść tak do szkoły, potem jeszcze własnoręcznie farbowała mi włosy. Znała na pamięć imiona i nazwiska wszystkich koleżanki z klasy, wiedziała nawet kto z kim siedzi w ławce, jako pierwsza słuchała o moich zauroczeniach, podsuwała rozwiązania. W klasie maturalnej wymyśliłam sobie, że nie będę chodzić na żadne wspólne lekcje powtórkowe, bo to strata czasu, a więcej nauczę się sama w domu. Mama pisała mi usprawiedliwienia i o nic nie pytała; wiedziała, że się uczę, bo przecież mi na tym zależało. Kiedy, w jej mniemaniu, pakowałam się w jakąś trudną sprawę, mówiła co myśli a wypowiedź kończyła słowami: "wiem, że i tak zrobisz po swojemu". Patrzyła mądrze i z miłością, wiedziała, że taki mój charakter - nie uginałam się łatwo - a jednocześnie musiała widzieć w tej cesze jakiś potencjał do wykorzystania w dorosłym życiu. Nigdy, przenigdy nie spróbowała mnie złamać. Raz tylko, gdy jako 14-latka wróciłam spóźniona ze stadniny o kilka godzin, w zdenerwowaniu zakazała mi jazdy konnej do końca wakacji. Wyłam przez cały kolejny dzień i chyba coś wtedy zrozumiała, bo sprytnie wymieniła mi karę na o wiele mniej dotkliwy zakaz jazdy na rowerze, nie tracąc przy tym ani odrobiny autorytetu.

W wieku osiemnastu lat, pracując jako wolontariuszka, poznałam maleńką dziewczynkę z domu dziecka. Wymyśliłam sobie, że na kilka miesięcy przed maturą, nie będę w poniedziałki chodzić na geografię, bo w domu też się nauczę a facet przynudza, zamiast tego pojadę do Andzi. Pisała mi te zwolnienia, cyklicznie, tydzień w tydzień. Kiedy maleńka, z nieuregulowaną sytuacją prawną zaczęła nazywać jej ledwie pełnoletnią córkę "mamą", z niepokojem kręciła tylko głową i mówiła: "dziecko, to będzie trudniejsze niż nieszczęśliwa miłość", ale jeździła ze mną do małej, przytulała, kupowała ubranka i drobiazgi. Gdy już jako studentka dowiedziałam się o planach rozwiązania domu małego dziecka, kibicowała mi w formułowaniu pism do sądu, zapewniała pracowników mops, że będą mi z tatą pomagać. Wiem jednak, że po cichu zadawała sobie pytanie jak poradzę sobie ze studiowaniem przy dziecku, czy znajdzie się ktoś, kto zechce zostać moim mężem. Potem, gdy już sąd zadecydował, że Andzia wraca do swojej matki (wiem, że później była jeszcze w czterech innych domach dziecka), a ja uciekałam w sen, wchodziła z hukiem do pokoju, potrząsała mną, podawała mocną parzoną kawę i kazała wstawać, powtarzając, że jeszcze kiedyś to się uda.

Pewnie dlatego zawsze chciałam mieć córkę i zawsze, także później, dziwnym trafem na kolejnych wakacjach z dziećmi z domów dziecka, trafiałam właśnie na dziewczynki. Wierzyłam, że potrafię stworzyć naprawdę dobrą relację matka-córka.

Dobrzy ludzie

Dzisiaj sobie o nich przypomniałam. Może to dzięki nim nadal trwamy, nie zwątpiliśmy, nie rozpadła się rodzina. Dominika w swojej chorobie dążyła do tego rozpadu, dążyła do tego by mnie i męża rozdzielić, nawet sama to przyznała w rozmowie z babcią. Na szczęście znalazły się osoby, które okazały nam zrozumienie, dały wsparcie i siłę, by przetrwać. Nasi terapeuci, pani pedagog, która czuwała nad córką w szkole podstawowej i gimnazjum, panie z Mopsu, pani ze świetlicy środowiskowej, pracownicy ośrodka adopcyjnego - oni wszyscy byli i są świadkami naszych codziennych zmagań i nigdy nie dali wiary w to, że wyrządziliśmy Dominice krzywdę. Oczywiście trzeba tu wymienić także, a może przede wszystkim moich kochanych rodziców i przyjaciółki. Rozrzewniłam się nawet trochę. Całkiem sporo uzbierało się tych osób. Dobrze ich mieć i dobrze przypomnieć sobie, że ich mamy. Zwłaszcza w kontekście ciągłego bycia na cenzurowanym, ciągłego bycia ocenianym przez bliższe i dalsze otoczenie nie mające pewności czy uwierzyć nam czy Dominice mnożącej oskarżenia pod naszym adresem, a także frustrujących kontaktów z najróżniejszymi psychologami i pedagogami, którzy powołują się na swój autorytet i mienią znawcami tematu, a faktycznie wcale nimi nie są. Wielu ludzi bardzo nas skrzywdziło, dając się wciągnąć córce w grę "obrońcie mnie przed moimi rodzicami", część z nich skrzywdziła tym także samą Dominikę. Niektórzy zadali nam rany, jakie pewnie długo będziemy musieli leczyć. Dzisiaj jednak stawiam sobie przed oczami tych dobrych ludzi i o nich chcę pamiętać.